Veronica Mars: The Thousand-Dollar Tan Line
/// polskie tłumaczenie ///


czwartek, 9 czerwca 2016

Rozdział osiemnasty


            Tego dnia temat imprezy był prosty: stroje bikini. Oczywiście tylko dla dziewczyn, chłopaków wpuszczano nie tylko w koszulkach polo ale też w luźnych bojówkach. Żeby wpuszczono kobietę: musiała pokazywać więcej ciała.
            Weronika poruszała się wolno z tłumem w stronę wejścia. Pod pachą ściskała plażową torbę, jakby od tego zależało jej życie. Ostatnimi czasy nie miała za dużo możliwości opalania się i była boleśnie świadoma swojej przeźroczystej skóry. Nadal jednak czuła na sobie wzrok osobników płci męskiej przemierzający każdy centymetr jej ciała ubranego tylko w różowe bikini.
            Przechodząc przez dom, próbowała wzrokiem znaleźć chociażby jasne dredy Williego Murphiego. Mac znalazła o nim kilka ciekawych informacji, Willi okazał się być drobnym przestępcą. Złapano go na publicznym odurzaniu się, posiadaniu narkotyków, zakłócaniu porządku i włamaniu. Odkąd skończył siedemnaście lat co jakiś czas wracał do więzienia za kolejne przewinienia. Najdłużej trzymali go przez pół roku za posiadanie narkotyków z zamiarem ich sprzedaży. Jego ostatnim znanym adresem zamieszkania była jakaś dziura niedaleko Camelot, ale wyeksmitowali go stamtąd w styczniu. Od tamtej pory nie pojawił się żaden adres pod którym można byłoby go zastać.
        Przez chwilę rozważała czy nie zadzwonić do Lamba ale zrezygnowała z tego pomysłu, podałaby mu swój nowy dowód jak na tacy. Lamb i tak nie chciałby wziąć udziału w poszukiwaniach Murphiego na imprezie. Raczej wypuściłby zdjęcie Williego do wszystkich stacji telewizyjnych i dał mu szansę na ucieczkę. Weronika nie mogła na to pozwolić. Chciała z nim porozmawiać zanim zorientuje się, że jest ścigany.
        Teraz po prostu musi go znaleźć.
        Posiadłość wypełniona była po brzegi ludźmi, w każdym kącie widać było półnagich nastolatków. Impreza tego dnia wydawała jej się dużo bardziej szalona niż poprzednia. Dla większości jej uczestników przerwa wiosenna zbliżała się ku końcowi, wydawali się dużo bardziej zdeterminowani by wybawić się za wszystkie czasy i udawać, że nicnierobienie i imprezowanie może trwać bez końca. Kłęby dymu unosiły się ponad tłumem, oprócz zwykłego tytoniu wyczuwała charakterystycznie słodką marihuanę i jeszcze jeden, ciężki i gryzący zapach. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to zapach metamfetaminy. Przypomniało jej się jak śledziła kiedyś mężczyznę zamieszanego w jedną z jej spraw, znalazła go w brudnym mieszkaniu z rurką w dłoni. W pokoju unosił się ten sam zapach.
            Przeciskała się dalej, czujnie wodząc wzrokiem po uczestnikach imprezy. Tłum półnagich chłopaków przecisnął się korytarzem tuż obok Weroniki, wykrzykując coś, ale nie miało to większego sensu. W kuchni grupka osób grała w rozbieranego pokera. Jeden z graczy zdążył stracić już koszulkę. Dziewczyna w jaskrawoniebieskim bikini siedziała mu na kolanach, na szyi zawieszony miała absurdalny jedwabny krawat. W pokoju muzycznym chłopak siedział na stoliku do kawy, kolega pomagał mu się ogarnąć z zamroczenia alkoholowego.
            Weronika wyszła na patio by zaczerpnąć świeżego powietrza. Zeszła schodami na parter gdzie znajdował się basen. Nigdzie nie widziała Williego, ani kuzynów Gutiérrez. Wyciągała szyję przeszukując wzrokiem basen i jacuzzi, przez chwilę nie zwracała uwagi gdzie idzie i weszła na kogoś.
            - Ała!
            - O mój Boże, przepraszam… - słowa uwięzły jej w gardle. W krótkich spodenkach i z hawajskimi kwiatami na szyi, stał przed nią w pełnej krasie Dick Casablancas.
            Zajęło mu chwilę zanim się odezwał:
            - Hej Ronnie, wiesz? Tutaj bym się Ciebie nigdy nie spodziewał…
            Dziewczyny z którymi siedział Dick zaczęły przyglądać się Weronice z zainteresowaniem. Weronikę zamurowało, w duchu modliła się, żeby Dick nie powiedział niczego głupiego.
            Weronika znała się z Casablancasem od liceum, przez jakiś czas po tym gdy jej ojciec popadł w niełaskę, Dick był jednym z jej największych wrogów i niszczycieli spokoju. Po tym jak zaczęła spotykać się z Loganem, który był najlepszym przyjacielem Dicka, chłopak trochę zszedł z tonu. Po jakimś czasie wytworzył się między nimi pewnego rodzaju pokój, ale Weronika nie była pewna, czy mogłaby go nazwać swoim przyjacielem. Dick był bogaty i beztroski a jego uczuciowość oscylowała gdzieś w okolicach uczuć jakie posiada beton. Jedyne czym przejmował się Dick był surfing, picie i pieprzenie się.
            Innymi słowy, Weronika nie powinna być aż tak zdziwiona, że spotkała go na imprezie organizowanej dla nastolatków przez kartel i to niecały kilometr od jego domu. - Cześć – w końcu wydusiła z siebie cienkim i przerysowanym głosem – czy ta impreza nie jest po prostu wspaniaaaała?
            Dick spojrzał na Weronikę zmieszany jej reakcją.      - Hm, tak? Właśnie dlatego jestem trochę zdziwiony spotykając tutaj Ciebie – przekrzywił głowę.
            - Chodziliśmy razem do liceum. Wy musiałyście być wtedy w hm… nie wiem? Piątej klasie? Wow – powiedział to do otaczających go dziewczyn.  
            Weronika zerknęła na nastolatki, kilka z nich wpatrywało się w nią wściekłym wzrokiem zaznaczając swój teren.
            - Jakby nie było Ronnie, witaj na prywatnej imprezie – szeroko rozłożył ramiona w zapraszającym geście – ja nie jestem aż tak prywatny, jeśli wiesz co mam na myśli – mówił to niby do Weroniki ale nachylił się w stronę jednej z nastolatek. Dziewczyna zachichotała.
            Niewiele myśląc Weronika chwyciła go za ramię i odciągnęła od wianuszka jego wielbicielek. Posłała szybki fałszywy uśmiech w stronę dziewczyn i znowu odwróciła się w stronę Dicka.
            - Wohooo, spokojnie. Wiem, że Logana nie ma już od kilku tygodni ale nie pomogę Ci w tym względzie bez względu na to jak długo go nie będzie – uśmiechnął się głupawo – przyjaciele są dla mnie ważniejsi niż laski. Rozumiesz?
            - Oh zamknij się Dick – rozkazała mu nadal uśmiechając się fałszywie.
            - Jestem w pracy – dodała przez zaciśnięte zęby.
            - Ładny uniform – odparł Dick, Weronika uderzyła go w ramię, żeby się zamknął.
            Z daleka mogło to wyglądać na przekomarzanie się. Dick złapał się teatralnie za ramię i rozmasowywał miejsce w które uderzyła go Weronika.
            - O co Ci chodzi psychopatko? – zapytał ze szczerym rozżaleniem.
            - Posłuchaj! Przez chwilę siedź cicho i daj mi mówić – Weronika mówiła spokojnie jednocześnie przesuwając się coraz dalej od gapiów. Po ich lewej stronie widać było plażę i gwiazdy na niebie mieszające się z czernią oceanu. Gdy weszli w większy cień Weronika sięgnęła do swojej plażowej torby i wyciągnęła telefon.
            - Potrzebuję Twojej pomocy. Widziałeś dzisiaj tego kolesia? – odblokowała ekran telefonu i pokazała go Dickowi. Dick spojrzał z uwagą na zdjęcie, po chwili odpowiedział marszcząc brwi:
            - Ten koleś? Pewnie, że go widziałem. Zawsze kręci się w pobliżu Rico i Eduard.
            - Znasz kuzynów Gutiérrez? - Weronika zamrugała zdziwiona.
            - Tak, poniekąd. Grałem trochę w squasha z Eduardo. Koleś zupełnie nie umie przegrywać, więc przestałem z nim grać – wzruszył ramionami.
            - Ma strasznie wybuchowy temperament. Ostatnim razem gdy z nim wygrałem roztrzaskał swoją rakietę wartą ponad 200 dolarów. Co nie zmienia faktu, że zna się na organizowaniu imprez.
            - Więc Willie Murphy jest jego przyjacielem?
            - Przyjacielem? - Dick prychnął – nie sądzę, wydaje się bardziej chłopcem na posyłki czy czymś takim. Zbiera chętnych na imprezy i tak dalej.
            Weronika zamilkła na chwilę próbując przetworzyć wszystkie informacje. Co jeśli Willie po prostu pracował dla kuzynów Gutiérrez? Co jeśli pozbył się Hayley i Aurory na ich rozkaz? A później próbując zarobić na swojej zbrodni sprzedał naszyjnik Hayley. Nie do końca przebiegłe myślenie ale znowu nie byłby pierwszym mordercą, któremu brakowało trochę inteligencji.
            - Widziałeś go tutaj dzisiaj? – Weronika zapytała Dicka po chwili ciszy.
            - Pewnie – Dick wskazał na taras – siedział gdzieś tam.
            Weronika spojrzała w górę i zobaczyła bezkształtną postać w za dużych spodniach. Jego dready w kolorze ciemnego blondu skakały wokół ramion gdy przechodził przez drzwi prowadzące z tarasu do domu.
            Weronika w końcu puściła ramię Dicka, który ponownie rozmasował miejsce w którym go ścisnęła.
            - Dzięki Dick, muszę uciekać – odeszła od niego kilka kroków po czym odwróciła się i powiedziała: wiesz co Dick?  
            - Tak? – prychnął.
            - Jeśli ktokolwiek się Ciebie zapyta, mam na imię Amber.
            - Skoro tak twierdzisz Rons - Dick zamrugał zdziwiony po czym wzruszył ramionami.
            Weronika odwróciła się ponownie i wspięła się po schodach tak szybko jak pozwalało jej na to jej bikini i wysoki szpilki. Zanim zdążyła dotrzeć do drzwi, Willie zniknął w otchłani domu.
Weronika szukała go w kuchni gdzie gra w rozbieranego pokera szybko przybrała na silę. Chłopak, który jeszcze przed chwilą siedział tylko bez koszulki, teraz miał na sobie jedynie skarpetkę i bokserki. Dziewczyna w krawatem trzymała w zębach papierosa.
            - Widzieliście kolesia w blond dreadach? Przechodził tędy? Gdzie poszedł?
            Dziewczyna wskazała na korytarz prowadzący na front domu.  
            Weronika ponownie przeciskała się przez korytarz i tłum ludzi. Tuż przy drzwiach wyjściowych grupka dzieciaków krzyczała bez składu rzucając się na siebie i próbując zrobić ludzką wieżę. 
            Weronika przez swój niski wzrost nie widziała właściwie nic. W pewnym momencie między ludźmi pojawiła się biała czupryna. Willie wspinał się po schodach na pierwsze piętro.
Zanim Weronice udało się dotrzeć na górę, chłopak znikał za podwójnymi, szerokimi drzwiami na końcu korytarza.
            Gdy w końcu udało jej się dotrzeć pod drzwi, były już zamknięte na klucz. Weronika złączyła usta zastanawiając się co zrobić w takiej sytuacji. Korytarz wypełniony był po brzegi ludźmi ale nikt nie wydawał się być nią zainteresowany, nie chciała, żeby sytuacja się zmieniła. Szczególnie nie Ci faceci – pomyślała patrząc na mężczyzn z poważnym wyrazem twarzy i podejrzanymi wybrzuszeniami pod marynarkami. Kolejni ochroniarze na wypadek gdyby impreza wymknęła się spod kontroli.
            Weronika postanowiła zejść schodami udając pijaną. Na twarzy przykleiła sobie lekko nieprzytomny uśmiech. Zatrzymała się w połowie piętra udając, że próbuje złapać równowagę. Miała tylko jedną szansę na to, żeby jej plan się powiódł i to dosyć naciągany plan. Musiała bardzo starannie wybrać swój cel.
            Zanim dotarło do niej, że ten plan jest ryzykowny specjalnie wpadła na barczystego chłopaka w koszulce zespołu footbolowego z Uniwersytetu Waszyngton.  
            Różnica postur między nimi była aż rażąca. Weronika ledwie sięgała mu do pachy, ale specjalnie wpadając na niego całą swoją siłę skierowała na jego środek ciężkości, żeby nim zachwiać. Zwróciła na siebie jego uwagę, chłopak natychmiast odwrócił się by zobaczyć kto na niego wpadł. Weronika mogła przysiąc, że widziała dym wściekłości wychodzący mu sapkami.
            Jedną z wielu umiejętności Weroniki był płacz na zawołanie. Warga jej zadrżała jakby miała się rozpłakać.
            - On mnie chciał zrzucić ze schodów - szybko wskazała na równie barczystego chłopaka w kucyku, którego koszula ledwie mieściła jego mięśnie.
            Oczy pierwszego mięśniaka zwęziły się we wściekłości, pomógł Weronice wstać i natychmiast ruszył w stronę mięśniaka numer dwa wykrzykując wiązanki przekleństw.
            Muzyka była tak głośna, że Weronika nie była w stanie powiedzieć co właściwie do siebie krzyczeli. Jasne jednak było, że bójka wisi w powietrzu. Obaj zaczęli się popychać aż w końcu zaczęli regularnie się bić.
            Sytuacja rozwinęła się w ciągu kilku sekund. Wszyscy przesunęli się pod ściany korytarza próbując desperacko odsunąć się od epicentrum wydarzeń ale nadal obserwować co się dzieje. Ludzie zaczęli schodzić się z innych pomieszczeń, żeby popatrzeć na walkę dwóch osiłków. Okazało się, że footbolista potrafił nieźle znosić ciosy ale chłopak w kucyku musiał trenować jakieś sporty walki. Jego noga znalazła się tuż na kolanem footbolisty i po chwili obaj leżali na podłodze okładając się raz po razie. Muzyka pomieszała się z piskami i aplauzem zgromadzonego tłumu.
            Weronika prawie usłyszała tupot pięciu ochroniarzy biegnących by rozwiązać sytuację. Już po chwili próbowali rozluźnić tłum i przesunąć gapiów poza korytarz, jednocześnie starając się rozdzielić dwóch walczących ze sobą osiłków. Weronika nie została by popatrzeć, który z nich wygrał.
            Jej nadzieje zostały spełnione, korytarz nad bijącymi się chłopakami opustoszał. Z niektórych pokoi dochodziły ją oczywiste odgłosy ludzi uprawiających seks. Drzwi przez które przeszedł Willie były jednak niestrzeżone. Przycisnęła ucho do jednego ze skrzydeł i zapukała. Gdy była pewna, że nikogo nie ma po drugiej stronie, wyciągnęła z portfela wsuwkę do włosów którą zawsze tam trzymała na takie okazje i zaczęła rozpracowywać zamek.
            Wewnętrzne zamki były zwykle łatwiejsze do otworzenia. Czuła końcówkę zamka przekręcającego się po drugiej stronie drzwi. Po chwili drzwi otworzyły się do wewnątrz pomieszczenia, Weronika weszła i zamknęła je za sobą.
            Stała na początku kolejnego długiego korytarza. Ściany pokryte były ciemną drewnianą boazerią, niektóre fragmenty pomalowano na pawioniebieski kolor. Na stoliku stał wazon jak z obrazów Picasso, wstawiono do niego niesamowitą ilość białych i żółtych róż. Z któregoś z kolejnych pokoi dochodziła ją niska pulsująca muzyka. Zamarła na chwilę próbując skoncentrować się na tym gdzie konkretnie było słychać dźwięki. Nie była w stanie tego stwierdzić.
            Niektóre z pomieszczeń usytuowanych na całej długości korytarza były otwarte na oścież. Poruszając się najciszej jak mogła, zaczęła rozglądać się po tej części domu.
Pierwsze drzwi prowadziły do łazienki wypełnionej błyszczącymi zielonymi powierzchniami. Półki pod zlewem były puste, ale w szafeczce za lustrem znalazła niezły wybór pojemników wypełnionych tabletkami. Dilaudid, Percocet, Oxy i kilka innych, których nie rozpoznała. Oprócz tego znalazła małe pudełeczko pełne białego proszku. Ostrożnie odłożyła wszystko na miejsce i zamknęła drzwiczki.
            Kolejne drzwi prowadziły do małego pokoju, który spokojnie mógłby znaleźć się w posiadłości Playboy’a. Ogromne okrągłe łóżko wypełniało właściwie cały pokój. Czerwone i zielone neonowe światło skakało po ścianach tworząc abstrakcyjne wzory. Pod jedną ze ścian stał mały barek. Przeszła przez drzwi prowadzącego do przyległego pomieszczenia i znalazła w nim ogromną wannę z Jazuzzi wypełnioną po brzegi ciepłą wodą.
            Przez kolejne ogromne drzwi widać było okrągłą bibliotekę na piętrze poniżej. Wbudowane drewniane półki pełne książek, wypełniały całe pomieszczenia. Książki wydawały się być naprawdę wartościowe. Widziała Arystotelesa, Erasmusa, Machiavelliego. Ktoś miał klasyczny gust. Lub miał wystarczająco dużo pieniędzy by móc udawać, że ma taki a nie inny gust. W pomieszczeniu znajdował się też kominek wykonany z niesamowitego kamienia, wszystkie inne meble wykonane były z ciemnego błyszczącego drewna.
            Przemieszczała się szybko ale cicho, szpilki trzymała w jednej dłoni, żeby wydawać jak najmniej dźwięków. Nie zorientowała się skąd płynie muzyka dopóki nie minęła rogu korytarza. Zza połowicznie otwartych drzwi wyraźnie słyszała pulsujący rytm. Krew dudniła w ciele Weroniki, pulsowała w głowie zupełnie nie w rytm basów. Wstrzymała na chwilę oddech i podeszła najciszej jak umiała do drzwi, które prowadziły do swego rodzaju legowiska, kryjówki. Na ścianach wisiały obramowane plakaty filmowe.
Naprzeciwko dużego, wiszącego na ścianie telewizora stała jeszcze większa kanapa. Dwóch mężczyzn siedziało na niej grając w jakąś grę. Byli odwróceni plecami do Weroniki. Jeden z nich miał krótkie, ciemne włosy. Drugi miał na głowie busz blond dreadów.
Ciemnowłosy mężczyzna pochylił się na moment. Zapach marihuany wypełnił całe pomieszczenie. Słyszała ten charakterystyczny dźwięk zaciągnięcia się.
            - Nie narzekam serio - powiedział to Willie Murphy. Mówił szybko, urywając końcówki słów jakby się śpieszył. Nie odwracał wzroku od ekranu telewizora z
dużą uwagą grając w grę i zabijając wyimaginowanych przeciwników.
            - Jesteście dla mnie jak rodzina, wiesz to, prawda? Mam na myśli, że o cokolwiek mnie poprosicie, cokolwiek będziecie chcieli żebym dla Was zrobił. Zrobię to.
Obserwowała jak Rico Gutierrez Ortega oparł się plecami o kanapę i głośno wypuścił powietrze.
            - Czy ktoś Ci kiedyś mówił, że za dużo paplesz? - odezwał się po chwili do Williego.
Serce dudniło Weronice w gardle, wycofała się cicho zza drzwi pomieszczenia. Trzęsącymi się dłońmi wyjęła telefon, zakrywając i wyciszając głośnik zbielałymi palcami wybrała numer do Szeryfa Lamba.
            Usłyszała sygnał już sześć razy. Ze zdenerwowania ścisnęła telefon jeszcze mocniej. Zastanawiała się czy Lamb specjalnie nie odbierał połączenia od niej widząc kto dzwoni. Nie chciała po prostu zadzwonić na policję, nie miała tak naprawdę czego zgłosić. Za długo zajęłoby jej przekonywanie dyspozytora, że jej telefon ma związek z zaginionymi dziewczynami. Miała się już poddać gdy Lamb nagle odebrał:
            - Co jest? - ton głosu miał lekceważący.
            Weronika zamknęła oczy dziękując czemukolwiek co skłoniło Lamba do odebrania jej telefonu.
            - Lamb, z tej strony Weronika Mars. Dzisiejszego popołudnia natknęłam się na pewien trop. Znalazłam nagranie z kamery na którym widać podejrzanego sprzedającego w lombardzie biżuterię Hayley Dewalt dwa dni po jej zaginięciu. Nazywa się William Murphy - Mac może przekazać Ci więcej szczegółów. Ja jestem teraz w posiadłości kuzynów Gutierrez na Manzanita Road. William jest tutaj w jednym z ukrytych pokoi, gra w gry wideo z Federico.
               Przez chwilę słyszała po drugiej stronie słuchawki tylko głuchą ciszę. Z kryjówki Williama nadal wydobywały się dźwięki gry. Obaj mężczyźni zaśmiali się głośno. Weronika czekała na odpowiedź Lamba.
            - Więc chcesz żebym włamał się do prywatnej posiadłości bez nakazu tylko dlatego, że ktoś mógł, lub nie, ukraść naszyjnik? Oszalałaś Mars.
Weronika ścisnęła telefon jeszcze mocniej.
            - Trwa tutaj, pod nami, ogromna impreza. Naliczyłam co najmniej 50 różnych złamanych paragrafów. Masz więcej powodów żeby tu wejść niż potrzebujesz.
            - Skąd Ty w ogóle wiesz, że to naszyjnik Hayley? Jak ty…
            - Lamb, to jest Twoja szansa - Weronika przerwała mu i wysyczała wściekle odpowiedź - jestem w stanie udowodnić, że to właśnie William Murphy miał w swoim posiadaniu naszyjnik zaginionej dziewczyny. Chcesz żeby ta szansa prześlizgnęła Ci się przez palce? Czy chcesz być tym super bohaterem, który łapie złych przestępców? Nie wiem jak długo on tutaj będzie. Musisz się pośpieszyć.
            Lamb milczał.
            - Dobra, trzymaj na nim oko. Zbieram się - odpowiedział po chwili i się rozłączył.
Weronika znowu przeszła za róg korytarza. Willie cały czas mówił do Frederico.
            - Masz czasami wrażenie, że ziemia kontaktuje się z obcymi? Może jesteśmy dla nich tylko wielkim rezerwatem którym się bawią i opiekują? Może po prostu co jakiś czas przylatują i sprawdzają co u nas, czy mamy wystarczająco dużo jedzenia, czy się nie wybijamy na wzajem? Widziałem program na Discovery o ludziach, którzy twierdzą, że byli porwani i przetrzymywani przez obcych. Może dla nich anal jest swego rodzaju marką? Znaczą tak ludzi jako swoich?
Rico zaśmiał się gardłowo. Jeden z żołnierzy na ekranie eksplodował i zniknął pod krwawą kurtyną. Połowa ekranu zaczerniła się i pojawił się ogromny czerwony napis "Gra skończona". Żaden z nich nie odłożył kontrolera do gry, obaj wydawali się myśleć, że to oni wygrali a siedzący obok przegrał
            Minęła dłuższa chwila, Weronika nadal stała pod drzwiami obserwując ich zachowanie. Miała nadzieję, że będą kontynuować swoją paplaninię i w końcu powiedzą coś o zaginionych dziewczynach. Lada moment spodziewała się też usłyszeć policyjne syreny. Willie i Rico nadal z zaangażowaniem grali przyciskając z prędkością światła guziki na padach i pokrzykując do siebie wzajemnie.
            - Zmiotłem Cię z powierzchni ziemi dzieciaku! - wydarł się nagle Rico.
            - Pad mi nie działał. Zaciął się czy coś - odpowiedział mu Willie.
            - Jasne, jasne - na ekranie widać było kolejny wybuch - kurde chłopie, ciągle myślę o tej Portorykance w różowym bikini.
            - Tej z ogromnymi balonami?
            - Nie, tej z kolczykiem w pępku. Słodki kociak.
Willie zaczął się śmiać tak bardzo, że śmiech przerodził się w kasłanie.
            - Człowieku, nazwała Cię kretynem. Nie sądzę, żebyś podobał się jej aż tak. Poza tym jest tutaj z jakimś tuzinem koleżanek, nie ma szans, żebyśmy dorwali ją samą.
            - Nie. Zrobimy po prostu inaczej. Pójdziemy do garażu po ferrari. Wyjedziemy nim na patio z głośno włączoną muzyką. Laski będą się do nas lepić jak pszczoły do miodu - Rico podniósł z tryumfem swój pad - a potem weźmiemy je do Taco Bell.
            - Taco Bell? Tam przecież śmierdzi żarciem. Dlaczego chciałbyś je wziąć akurat do Taco Bell?
            - Lubię ich jedzenie - Rico wzruszył ramionami.
            - No tak, faktycznie jest pyszne - Willie się rozmarzył.
            Rico chciał podnieść się z kanapy ale nie udało mu się i upadł z powrotem śmiejąc się.
            O kurde, zaraz się przemieszczą - pomyślała Weronika.
            Willie zaczął pomagać Rico wstać z kanapy. Niezbyt szybko czy sprawnie ale bez żadnych wątpliwości, zaczęli się przemieszczać. Weronika musiała zacząć się zbierać.

            Zrobiła kilka kroków w tył, odwróciła się w stronę z której przyszła. Miała jeszcze chwilę na schowanie się w jednym z pustych pokoi. Ominęła róg i popchnęła drzwi do biblioteki i… weszła prosto na Eduardo.

czwartek, 2 czerwca 2016

Rozdział siedemnasty



            - Wiesz za czym na pewno nie tęsknię jeśli chodzi o Nowy Jork?
            Weronika bujała się lekko w hamaku powieszonym pomiędzy dwoma porządnymi Dębami w ogródku Keitha. Palcem zaznaczyła sobie miejsce w którym przerwała czytanie pamiętnika Aurory Smith. Dopiero zjedli kolację, ostatnie promienie słońca przenikały delikatnie pomiędzy liśćmi.
            Keith spojrzał na Weronikę z miejsca w którym pielił chwasty wokół swoich begonii. Naczynia po lazani którą zjedli, nadal leżały na drewnianym stoliku stojącym na patio. Wyszli zjeść kolację na podwórku, doceniając piękno wieczoru. Zasłużona chwila oddechu.
            - Słyszałem, że aligatory w ściekach potrafią być onieśmielające – sarkastycznie odpowiedział Keith, przecierając wierzchem dłoni pot z czoła.    
        Weronika ułożyła się wygodniej w hamaku, ciesząc się ze wsparcia ojca.
            - Nie tęsknie za horrendalnie drogimi mieszkaniami bez podwórek i ogrodów a nawet otwierających się okien. Za tym akurat nie tęsknię.
            Podwórko było jej ulubioną częścią domu Keitha. Gdy była w liceum, po aferze wokół ojca i jego przegranej w wyborach na szeryfa, gdy stracili wszystko, przenieśli się do małego mieszkanka. Zdecydowanie nie było tak małe i drogie jak którekolwiek z mieszkań w których mieszkała na Manhattanie, ale nie było też definicją życia na poziomie. Było wygodne i było ich przystanią gdy zostali sami we dwójkę przeciwko reszcie świata. No i mieli osiedlowy basen nad którym mogła spędzać czas i oddychać świeżym powietrzem.
            Luksusem natomiast był fakt, że mogła siedzieć teraz w ogrodzie przy blasku zachodzącego słońca. Czerpała energię z widoku na roślinność i bujała się na hamaku powieszonym między dębami starszymi od niej.
            - Tak? Możesz zatęsknić za brakiem ogrodu jak przyjdzie Ci kosić trawę co tydzień przez kilka miesięcy – Keith potrząsnął głową z uśmiechem.      
            - Hm… Myślałam nad tym, żeby zająć bardziej kierownicze stanowisko jeśli chodzi o prace w ogrodzie. Mogę przynosić Ci lemoniadę w trakcie koszenia.
            Keith wyciągnął z ziemi sporej wielkości chwast. Musiał zapuszczać korzenie przez dłuższy czas.
            - Co czytasz?
            Weronika podniosła książkę, pokazując okładkę Keithowi.  
            - Pamiętnik Aurory. Ostatni raz pisała coś w nim ponad rok temu, więc niekoniecznie znajdę tutaj najświeższe informacje, ale to przynajmniej jakiś początek.
            Pamiętnik w rzeczywistości był bardziej albumem do rysowania, wypełnionym po brzegi liniami i okrągłym ozdobnym pismem. Szkice i gryzmoły rysowane były głównie ołówkiem. Szkic Frankensteina torującego sobie drogę przez kartkę, perfekcyjnie odwzorowany wazon z kwiatami, abstrakcyjne gryzmoły zajmujące margines. Aurora potrafiła rysować. Czasami wypełniała dziennik pionowo, czasami zdarzało jej się przekręcać go w poziomie a nawet pisała zakręcając zdania w spirale.
            Nie zniosę kolejnego dnia wśród tych zombie. Za każdym razem gdy Pan Nelson źle wymawia „chlamydia” na biologii, anioł dostaje nową parę skrzydeł. A może dostaje właśnie chlamydię? Dostałam dzisiaj wykład na temat alkoholu i narkotyków od przykładnego hipokryty. Spotkania AA sprawiają, że jesteś upośledzony czy on po prostu już wcześniej zabił wszystkie swoje komórki w mózgu.
            Aurora nie zawsze była tak ostra w swoich wypowiedziach, prawie na każdej stronie widać było uśmiechnięte postaci czy rysunki ich psa „Berkleya”. Jedna ze stron dziennika w całości poświęcona była rysunkowi przedstawiającemu Huntera. Wyglądający na spokojnego ale i sceptycznego, chłopiec podpisany był jako „Szef”. Dla odmiany autoportret Aurory był naszkicowany niedbale, jak gdyby w pewnym momencie znudziła się rysowaniem siebie. Aurora była bystra, kreatywna, drażliwa i znudzona. W odróżnieniu od Hayley Dewalt, wydawało się, że jest zainteresowana dogadzaniem tylko sobie.
            - Jak tam dzisiejsze spotkanie z Twoją mamą?
            Weronika spojrzała w górę poprzez zielone liście. Tego ranka, widząc Lianne na ekranie małego telewizorka, żadne z nich nie wypowiedziało jej imienia na głos. Weronika oglądała konferencję prasową z otwartymi ustami, zagubiona w swoim własnym szoku. Dopiero gdy skończono nadawanie, zaczęła zastanawiać się jak musiał czuć się Keith. Nie mieli jednak czasu na przedyskutowanie tego. Zadzwoniła Petra Landros i Weronika musiała zbierać się w szaleńczym tempie.
            Gdy wróciła do domu Keith jadł kolację, popijając przy tym wino. Weronika dołączyła do niego, posiłek przebiegł im w właściwie zupełnej ciszy. Miała wrażenie, że Keith czekał aż Weronika się odezwie i zaczną rozmawiać o sprawie Lianne. Za każdym razem gdy wydawało jej się, że jest gotowa wypowiedzieć pierwsze słowo, rozmyślała się w ostatniej chwili. Może to zwykłe odzwyczajenie od rozmów o matce, sprawiało, że nie mogła wydusić ani słowa. Weronika potrafiła rozmawiać z Keithem właściwie o wszystkim ale Lianne była jednym z niewielu tematów które omijali.   
            Weronika podparła się na łokciach i spojrzała na Keitha odpowiadając mu wprost na pytanie:
            - Jest załamana. I przerażona.
            Keith pokiwał głową nie podnosząc wzroku. Wbił motykę w ziemie próbują ją spulchnić i wyrwać kolejny chwast w całości. Weronika przez chwilę obserwowała pracującego ojca.
            - Oprócz tego? Wydaje się jakoś sobie radzić z całą sytuacją – kontynuowała – ma kolejne dziecko. Chłopca.
            - Wiem, czytałem w jakimś artykule - Keith pokiwał głową – widziałaś go?
            - Tak, jest słodki – z całych sił próbowała uniknąć przymusu wypowiedzenia słowa „brat”.
            - Tanner też jest w porządku. Ma w sobie coś dziwnego, ale jest w porządku. Mac znalazła informacje na temat jego występków ale wszystko jest datowane na czas zanim zdążył poznać mamę. No i oczywiście wypowiada te swoje wywody typowe dla uzależnionych. Co nie zmienia faktu, że widać jak bardzo zależy mu na Lianne. Odkąd są razem, wyszedł na prosta.
            - Cieszę się ich szczęściem – Keith odpowiedział prosto – Oczywiście nie cieszę się z tego co teraz przechodzą, ale cieszę się, że mają siebie.
            - A co z Tobą? - Weronika usiadła w hamaku i spuściła nogi, stopami lekko dotykając ziemi.
            - Ze mną?
            - Tak z Tobą. Minęło sporo czasu odkąd kogoś miałeś, zamierzasz coś z tym zrobić?
            Na twarzy Keitha pojawił się grymas.
            - Nie wiem czy zauważyłaś kochanie, ale na razie jestem bardzo zajęty rekonwalescencją. Nie jestem pewien czy dałbym sobie jeszcze radę z randkowaniem.
            - Daj spokój, kobiety uwielbiają wrażliwych mężczyzn. Po prostu musisz wrócić do randkowania i być sobą.
            - Masz jakieś seksowne matki w zanadrzu, dla takiego kaleki jak ja? – uniósł brwi.
            - Może jednak dam Ci spokój – zaśmiała się.
            Jej śmiech przerwał telefon dzwoniący jej w kieszeni. Wstała z hamaka i odebrała połączenie.  
            - Weronika Mars.
            Przez chwilę wszystko co do niej docierało było jednym wielkim hałasem – być może korkiem, być może programem telewizyjnym. Po chwili jej rozmówca odkaszlnął.
            - Mam Twój numer z ulotki.
            Weronika zamarła, jej wszystkie zmysły stanęły w gotowości.
            - Mogę mieć dla Ciebie jakieś informacje – Weronika znowu usłyszała kaszlnięcie – powinnaś się tu pojawić, 20111 Meadow View Road.
            - Będę tam za 40 minut – Weronika odpowiedziała szybko i się rozłączyła.
            Jechała trasą pomiędzy rodzinnymi sklepikami, państwowymi przychodniami i motelami w których płaci się za godziny. Tak po prostu wyglądała droga wiodąca przy Meadow View. Dotarła przed mały, kwadratowy budynek, na fasadzie którego wisiał jaskrawy żółty baner informujący, że w tym miejscu znajduje się skup złota. Na jednym z okien namalowany był podskakujący krasnal. Przez żelazne kraty zabezpieczające okno, krasnal wyglądał jakby siedział w więzieniu.  
            Na drzwiach umieszczono dzwonek, gdy tylko Weronika otworzyła drzwi usłyszała jego melodię. W środku unosił się zapach parzonej kawy i mocnego środka do czyszczenia powierzchni, który drażnił nozdrza. Pomieszczenie do którego weszła było poczekalnią, małe krzesełka stały pod ścianą obok pustego dyspozytora na wodę. W jednej ze ścian znajdowało się okienko dla interesantów, zabezpieczone było plastikową szybą jak w banku. Po lewej stronie od okienka znajdowały się drzwi, przyczepiono na nich plakietkę „tylko dla pracowników”
            - Halo? – zawołała Weronika w nieokreślonym kierunku.
            Rozmazany kształt pojawił się po drugiej stronie plastikowej szyby. Po chwili okienko otworzyło się a oczom Weroniki ukazała się obwiśnięta, nalana twarz z przekrwionymi oczami i sterczącymi siwymi włosami.
            Weronika wyjęła jedną z ulotek ze swojej torebki.
            - To Ty do mnie dzwoniłeś w sprawie ulotki?
            Nieznajomy nie dał po sobie nic poznać, ale w jego jasnoniebieskich oczach pojawił się tajemniczy błysk.
            - Przewidziana jest jakaś nagroda?
            - To zależy od tego jakie masz informacje – uśmiechnęła się – Jeśli dasz mi coś czego faktycznie będę mogła użyć, mam dla Ciebie 100 dolarów.
            - Trochę słabo, macie przecież zebraną pięciocyfrową sumkę za znalezienie dziewczyny.
            - Oh, to oznacza, że sprowadzisz ją do domu? – Weronika ironicznie przetarła wyimaginowany pot z czoła – Co za ulga, bo już myślałam, że biegam po całym mieście za informacjami na daremne. Jeśli wiesz gdzie ona jest, moje życie stało się właśnie łatwiejsze.  
            - Po prostu chcę się upewnić, że docenisz odpowiednio moje informacje.
            Weronika zacisnęła usta. Mogła zdobyć te informacje inną drogą ale każda zmarnowana sekunda oddalała ją od szczęśliwego odnalezienia dziewczyn.
            - Dam Ci 150$ jeśli teraz powiesz mi wszystko co wiesz. Jeśli znajdę Hayley Dewalt wrócę tu i dam Ci kolejne 50$.
            Mężczyzna po drugiej stronie okienka sięgnął po plastikowy kubek pełen wody. Wziął łyk, spojrzał na Weronikę i zatrzasnął z hukiem okienko.
            Przez chwilę Weronika myślała, że straciła szansę na zdobycie od niego informacji, ale po chwili drzwi obok okienka otworzyły się szeroko. Mężczyzna wyszedł po nią w wyblakłym zielonym podkoszulku i spodniach tego samego koloru. Machnął na nią ręką dając jej znać, by podążała za nim w głąb korytarza.
            Miejsce w którym pracował było zagracone, każdy centymetr przestrzeni zajmowały jakieś przedmioty, probówki, skanery, szczypce, skale i miarki. Całą ścianę zajmowały półki wypełnione małymi pudełeczkami, w środku każdego z nich znajdowało się mnóstwo różnych przedmiotów. Obok biurka przy którym pracował nieznajomy, grał mały telewizor, właśnie leciały wiadomości na kanale Fox News.  
            Mężczyzna przychylił się i wyciągnął mały koszyk spod swojego warsztatu. Na etykiecie widniał napis „3/12”. W środku Weronika zauważyła dużo plastikowych woreczków, w każdym z nich znajdowało się coś innego. Złota bransoletka, stara i brzydka broszka, kilka pierścionków zaręczynowych. Przez sekundę zastanawiała się czy któryś z klientów jej i jej ojca, był również klientem tego zakładu.
            - Nie widać go na żadnym zdjęciu, które pokazują w telewizji – nieznajomy wymamrotał bardziej do siebie niż do Weroniki – ale rozpoznałem go jak tylko zobaczyłem Twoją ulotkę. Nigdy nie widziałem drugiego chociażby podobnego do tego.
            Weronika już miała się zapytać o czym on właściwie mówi, gdy nagle się zorientowała. Mężczyzna otworzył jeden z woreczków i wyjął naszyjnik na zaskakująco kościstą dłoń.       
            Wisiorek był delikatny, złota ptasia klatka na smukłym łańcuszku.
            Weronika gapiła się na naszyjnik leżący na dłoni mężczyzny. Przez moment nie wiedziała na co tak właściwie patrzy. Po chwili dotarło do niej i zrozumiała. Sięgnęła do torebki i wyciągnęła ulotkę. Oto i on. Naszyjnik wisiał na szyi Hayley w nocy podczas której zaginęła. Łańcuszek opierał się o jej wystające obojczyki, klatka dotykała jej piersi.
            - Ten naszyjnik pojawił się o mnie dwa dni po jej zaginięciu.
            - Jest ładny – Weronika próbowała nie dać po sobie poznać jak bardzo zależy jej na większej ilości informacji – Jesteś pewien, że pół miasta nie nosi takich naszyjników? Nie produkuje je masowo jakaś sieciówka? Ptasie klatki są teraz na topie.   
            - Nie, ten naszyjnik nie jest masowej produkcji – nieznajomy zadrwił z Weroniki – ktokolwiek go wyprodukował, jest mistrzem w swoim fachu. Popatrz – otworzył klatkę, maluteńkie zawiasy zaskrzypiały – jej inicjały są wygrawerowane po wewnętrznej stronie. Zauważyłem je od razu, ale nie połączyłem faktów dopóki nie zobaczyłem Twojej ulotki.
            Weronika wyciągnęła dłoń. Mężczyzna bezwiednie położył na niej naszyjnik. Miał rację – nawet ona, zupełny laik, zauważyła grawer. Klatka była misternie wykonana, druciki klatki nie były równe ale były delikatne i dopracowane. Trzy małe diamenciki były wtopione w dach klatki. A w środku niepodważalny dowód, wygrawerowane HD.
            - Większość rzeczy, które dostaję, sprzedaję za grosze. To? To jest coś specjalnego. Chciałem odsprzedać go za porządną cenę.
            - Trzymasz jakieś informacje o swoich klientach? Kto go tu przyniósł?
            Mężczyzna postawił swój kubek z piciem na blacie biurka i zbolały ruszył w stronę telewizora. Weronika dopiero teraz zauważyła małą stertę kaset VHS piętrzącą się obok niego.
            - Masz szczęście, że zauważyłem Twoją ulotkę. Zwykle trzymam nagrania przez tydzień a potem nagrywam na nie kolejne.
            Znalazł kasetę z napisem „środa” i włożył ją do magnetowidu.
            Przez chwilę przewijał w przyśpieszeniu kasetę, Weronika zauważyła, że nie ma zbyt dużego ruchu w ciągu dnia. Dopiero około 21 pojawiła się większa ilość klientów. Bardzo młoda kobieta z dzieckiem uczepionym jej nogi, starszy pan ze sterczącą brodą, kościsty mężczyzna w wieku nie do określenia. Wchodzili do poczekalni, po kolei, białoczarny widok z kamer łapał ich płonne nadzieje.
            O 22:05 biały mężczyzna w jasnych dredami wszedł do pomieszczenia. Właściciel skupu wcisnął play na odtwarzaczu.
            - To ten koleś – upewnił się, że Weronika zrozumiała przekaz – w folderze mam jeszcze zapisane, że nazywa się William Murphy i ma 24 lata. Podpisał się pod umową jako Willie. Miałem wrażenie, że jest zjarany, gadał nonstop.
            - O czym mówił?        
            - Miał jakąś długą i wymyśloną historię o tym jak znalazł się w posiadaniu tego naszyjnika. Kuzynka najlepszej przyjaciółki jego siostry wysłała mu go żeby sprawdził ile jest wart bo potrzebowała pieniędzy na mleko dla swojego chorego niemowlęcia. Czy jakoś tak. Starał się po prostu nie dać mi do zrozumienia, że go ukradł.
            - W co oczywiście uwierzyłeś, bo kupienie i odsprzedanie skradzionego dobra jest przestępstwem – Weronika uśmiechnęła się lekko. Mężczyzna wzruszył ramionami.
            Weronika zbliżyła się do ekranu telewizora, próbowała wyłapać twarz chłopaka na nagraniu. Will Murphy kogoś jej przypominał. Musiała go widzieć gdzieś na mieście. Nawet na nagraniu bez dźwięku widać było, że był zdenerwowany, szybko ruszał rękoma, nie potrafił się opanować. Ciągle spoglądał za ramie czy nikt się za nim nie skrada.
             Gdy odwracał się by wyjść ze skupu, wkładając pieniądze i rachunek do portfela, na sekundę podniósł wzrok i spojrzał prosto w kamerę.
            - Tutaj. Możesz przewinąć i zastopować w momencie w którym podniósł głowę?
            Właściciel skupu posłuchał Weroniki i zastopował. W tym momencie Weronika doznała olśnienia i już wiedziała kim jest kolejny tajemniczy nieznajomy. Widziała go wcześniej na zdjęciu na którym Hayley karmiła Rico Gutierreza truskawką. Williego widać było dokładnie w tle. Widziała go też na tej imprezie podczas której zaginęła Aurora, skakał do basenu.
            Weronika odwróciła się tyłem od właściciela skupu i wyciągnęła z torebki komórkę. Wybierając numer, jednocześnie włożyła naszyjnik do torebki.
            - Hej, zamierzasz go kupić? – właściciel zaprotestował. Weronika prychnęła, zakryła mikrofon telefonu by mu odpowiedzieć:
            - Masz na myśli skradziony naszyjnik, który kupiłeś nielegalnie? Nie sądzę. Od teraz jest on dowodem w sprawie.
            Odsunęła dłoń od głośnika w momencie w którym Mac odebrała od niej połączenie.
            - Hej Mac, musisz znaleźć więcej informacji o kolejnej osobie. Prześlij mi to co znajdziesz mailem. Jak najszybciej.
            - Jasne – odpowiedziała Mac – daj mi tylko imię i nazwisko.
            - William Murphy.
            Weronika przez chwilę bardzo chciała powiedzieć Mac co tak naprawdę planuje zrobić. W porę przypomniała sobie jak patrzyła na nią Mac i Wallace tej nocy której powiedziała im kto jest właścicielem domu w którym zaginęły dziewczyny.
            Czego oczy nie widzę, tego sercu nie żal. Jeśli chciała znaleźć Williego Murphiego, nie miała wyboru.
            Musiała wrócić do tego domu na kolejną imprezę.