Veronica Mars: The Thousand-Dollar Tan Line
/// polskie tłumaczenie ///


czwartek, 14 lipca 2016

Rozdział dwudziesty trzeci


Weronika nie mogła powstrzymać drżenia dłoni. Trzymała rewolwer prosto przed sobą oddychając powoli i głęboko, metaliczny zapach drażnił jej nozdrza. Próbowała rozluźnić ramiona. Potem pociągnęła za spust.
Było wczesne, sobotnie popołudnie. Przeszła samą siebie, wyślizgując się za drzwi kiedy usłyszała jak jej tata odpala kosiarkę na podwórku. Nie chciała, żeby widział ją skradającą się do kuchni niczym złodziej i biorącą broń, z miejsca w którym oboje ją zostawiali.
Wiedziała, że postępuje głupio. Keith był dobrym strzelcem, to on powinien ją uczyć. Ale z pewnych względów wolała zrobić to sama. Może dlatego, że nie chciała przyznać się do błędu po ich ostatniej kłótni, chociaż wcale nie próbował jej tego wypominać. Bardziej prawdopodobne było to, że nie chciała by zobaczył jej strach, kiedy trzymała narzędzie służące do ranienia ludzi. Do zabijania. Nie chciała, żeby wiedział jak myśl o użyciu go, przyprawia ją o mdłości. Wiedziała, że uzna to za słabość, znak, że nie jest gotowa do pracy detektywa. Dlatego spędziła ranek na googlowaniu jak naładować broń i jak z niej strzelać. Znalazła video bloga, na którym wesoły ex-policjany z Florydy udzielał instrukcji krok po kroku. Gliniarz za każdym razem trafiał prosto w głowę przeciwnika.
Weronika po raz kolejny wycelowała broń próbując się skoncentrować i strzeliła.
Jedynym człowiekiem w pobliżu był zwalisty mężczyzna z dwoma nastoletnimi synami, wszyscy byli ubrani w moro. Mężczyzna miał szeroką szczękę i krótkie, najeżone włosy. Jego synowie nosili takie same jaskrawo pomarańczowe bejsbolówki jak on. Mieli ze sobą tuzin pistoletów i przyjmowali pozy Rambo, kpiąc z siebie nawzajem po każdym chybionym strzale. Weronika nie słyszała ich przez ogromne, plastikowe nauszniki, ale rozumiała sens ich słów. Kilka razy kiedy myśleli, że nie patrzy zauważyła spojrzenie ich ojca z tych w rodzaju ,,czyż nie jest słodka?”.
Strzeliła jeszcze raz, myśląc o imprezie i nożu, który Eduardo przystawił jej do szyi. Starała się zezłościć tak bardzo, żeby sprawiło jej przyjemność wyobrażanie sobie jako celu twarzy Eduardo. Czuła nienawiść, ale myśl o tym, żeby go zabić, nie sprawiała jej radości. Chciała go zranić, zemścić się, ale nie w ten sposób.
Miała kieszonkową trzydziestkę ósemkę z krótką lufą, która niespecjalnie przypominała broń. Ale odrzut wstrząsał jej ciałem przy każdym strzale. Przeładowała broń, stanęła z szeroko rozstawionymi nogami na wprost celu i wystrzeliła wszystkie pięć naboi, powoli i w przemyślany sposób. Potem przycisnęła guzik i tarcza wróciła do niej trzepocząc. Uderzyła ją dwukrotnie, raz w gładką krawędź i znów w miejsce, gdzie znajdowałoby się ramię ofiary. Ale czy na pewno powinna traktować go jako ofiarę? A może oprawcę? Zacisnęła zęby i wcisnęła guzik odsyłając tarczę z powrotem. Nie było sensu zakładać nowej – ta była zaledwie lekko wgnieciona.
Odwracała się, żeby przeładować broń, kiedy poczuła rękę na ramieniu. Obróciła się przestraszona i zobaczyła Weevil’a Navarro stojącego za nią w błyszczącej, czarnej motocyklowej kurtce i dżinsach. Jego usta w kształcie szczupłej, koziej bródki były zaciśnięte tak, że sprawiał wrażenie jednocześnie melancholijnego i twardego faceta. Miał duże, diamentowe kolczyki w uszach i mogła dostrzec krawędzie tatuaży, które rozciągały się od szyi w dół na ramiona. Ostrożnie odłożyła broń do kabury i wyjęła zatyczkę z ucha.
- Nie sądzę, że powinieneś skradać się do kogoś trzymającego broń.
- Musisz stać na miękkich nogach, nachyl się trochę, żeby zneutralizować szok - uniósł głowę w górę, a potem w dół krótkim, oceniającym kiwnięciem.
Weronika posłała mu sceptyczny uśmieszek.
- Właściwie nie wiem czy to dobry pomysł, żeby słuchać rad kogoś oskarżonego o kradzież broni.
 - Hej, wiesz tak dobrze jak ja, że ktoś podłożył tego glocka - wyprostował się i podszedł do stanowiska obok, żeby pokazać jak balansuje na palcach.
- Możesz delikatnie zgiąć się w talii, to pomaga w utrzymaniu równowagi.
Weronika przyglądała mu się przez chwilę, ale nie ruszyła się po broń. Znała się Weevilem długo i kiedy już była pewna, że może nazwać go przyjacielem ich relacja stała się… skomplikowana. W liceum był przywódcą gangu motocyklowego i mieli ze sobą pewnego rodzaju sojusz. Wiedziała, że może liczyć na jego pomoc kiedy potrzebowała kogoś silnego, był też dobrym źródłem informacji o przestępczym światku Neptun. Weronika ze swojej strony wiele razy uratowała go przed kłopotami, łącznie z poprawczakiem. Ale widziała jak daleko potrafi się posunąć, żeby pozostać na szczycie i jakie zniszczenia to powoduje.
Kiedy parę miesięcy temu wróciła do Neptun, wiedziała, że wyszedł na prostą. Na własne oczy widziała jak patrzył na swoją żonę, i jak się przez to poczuła? Zadowolona z jego szczęścia? Zazdrosna, że nawet Eli „Weevil” Navarro mógł się ustatkować i znaleźć swego rodzaju spokój, podczas gdy ona wychodziła z siebie, żeby przeżyć chociaż jedno długie, spokojne popołudnie?
Jednak kiedy Celeste Kane postrzeliła go, twierdząc, że to była samoobrona, kradziona broń znalazła się w jego nieprzytomnych rękach. Od tego czasu coś się zmieniło. Wrócił na motocykl, mknąc przez ulice Neptun ze swoim starym gangiem, wierząc, że to jedyny sposób, żeby mieć szansę do walki.
Nagle ta myśl sprawiła jej głęboki, bolesny smutek. Oboje byli z powrotem w tym samym miejscu. Wychodziło na to, że żadne z nich nie potrafi uciec od przeszłości, nieważne jak bardzo się starali.
- A co Ty tu właściwie robisz? – spytała Weronika.
- Zobaczyłem na parkingu ten Twój ekstrawagancki samochód i pomyślałem, że muszę to zobaczyć. Weronika Mars z pistoletem. Jakbyś nie była wystarczająco straszna. 
Spojrzała na rewolwer, schowany w jasnej, piankowej kaburze.
- Tata chce, żebym się uczyła.
- Mądry facet – Weevil podniósł pistolet i zważył go w rękach – to gówniane miasto, trzeba na siebie uważać – wycelował broń w dół, trzymając ją w jednej ręce w kowbojskim stylu.
- Słyszałem, że zrobiłaś zamieszanie na imprezie Gutiérrez’a.
- Kto Ci to powiedział?
- Oh, wiesz. Ślędzę Twojego Twittera: zbyt_głośna_dla_swojego_cholernego_dobra.
Weronika posłała mu sztuczny uśmiech, ale szybko spoważniała.
- Więc znasz kuzynów Gutiérrez?
Spojrzał na nią, kierując broń ostrożnie w dół.
- Wiem o nich. Zaufaj mi V. Są pewne rzeczy w tym mieście, od których nawet ja trzymam się z daleka. Powiedziałbym, żebyś brała ze mnie przykład, ale nigdy nie byłaś na tyle mądra, żeby słuchać dobrych rad.
Pokręciła głową.
- Weevil, dwie dziewczyny zaginęły, próbuję je odnaleźć.
- Tak? Słyszałem, że złapali gościa, który je zabił.
Skrzywiła się.
- Willie Murphy? Wątpię. Wczoraj rodziny dostały wiadomości w sprawie okupu od kogoś, kto twierdzi że żyją. Jeśli wiesz coś o tych ludziach coś, co może mi pomóc je znaleźć…
Weevil westchnął i odłożył broń. Potarł kciukiem czubek głowy.
- Tak jak powiedziałem, trzymam się z daleka od tego zamieszania. Nie wiem wiele, ale mogę Ci powiedzieć, że the Milenios nie robią żadnych przyjemnych interesów w tym mieście.
- Ale Eduardo i Rico… - Weronika zmarszczyła brwi.
- To dwaj krystalicznie czyści, nienotowani chłoptasie. I założę się, że chcą nimi pozostać. Jest im tak wygodnie – są poza linią strzału, uczą się i mają szansę prać brudne pieniądze wrzucając je do legalnego interesu.
- Ale Milenios są znani z brania zakładników dla okupu. Są setki udokumentowanych spraw kiedy porywali studentów prosto z ulic - wtrąciła Weronika.
 - W Meksyku - powiedział i potrząsnął głową - pomyśl, V. Która zdrowa na umyśle gruba ryba każe porwać dwie, białe amerykańskie dziewczyny? To ryzyko sprowadzenia sobie na głowę FBI i DEA.
- 1,2 miliona okupu to dużo pieniędzy.
- To drobniaki dla tych gości - włożył ręce do kieszeni - nie wiem, to możliwe, że wspaniali Gutiérrez zmienili strategię. Może próbują dostać lepszą działkę.
- A może po prostu lubią ranić ludzi i nikt im się nigdy nie przeciwstawił - jej głos był niski i napięty.
Weevil wzruszył ramionami.
- Może, ale Ci kolesie nie srają do własnego gniazda. Nie ma mowy, żeby El Oso się na to zgodził. Nie na porwanie ani morderstwo. I jeśli dowiedziałby się, że Ci kolesie działają na własną rękę - zapłaciliby za to. - Znów wzruszył ramionami.
- Ale tak jak mówiłem, nie zadaje zbyt wiele pytań o tych gości, więc może nie wiem co mówię.
Weronika wolno pokiwała głową. Podniosła pistolet i opróżniła magazynek. Jej palce już się nie trzęsły. Załadowała pięć kolejnych naboi.
- Skrzywdzili Cię? – głos Weevila zabrzmiał ciszej niż przedtem. Parę stanowisk dalej ojciec z nastolatkami pakowali broń. Jeden z dzieciaków obserwował ją i Weevila bladymi, załzawionymi oczami. Weronika skrzywiła się, a on odwrócił się zarumieniony.
- Mam się dobrze. – odbezpieczyła magazynek - powinieneś założyć nauszniki.
Potem wypuściła serię pięciu szybkich strzałów. Echo wystrzału rozległo się z oddali wokół jej czaszki, a w nosie poczuła ostry i słodki zapach prochu. Kiedy wcisnęła guzik, żeby przywołać tarczę, oddała jeszcze dwa strzały do przestępcy. Jeden nisko, we wnętrzności. Drugi trafił prosto w jego głowę.



czwartek, 7 lipca 2016

Rozdział dwudziesty drugi



            Pokój przesłuchań „B” nie zmienił się prawie w ogóle od momentu w którym Weronika była w nim po raz ostatni ponad dziesięć lat temu. Drewniana boazeria, obskurna żółta farba na górnej części ścian. A na dokładkę stara kredowa tablica z zapiskami wyglądającymi na pierwszy rzut oka jak rozpisane poszlaki, które po głębszej analizie okazały się wynikami meczów footballowych. Wchodząc do tego pomieszczenia można się było poczuć jak w wehikule czasu.
            Różnica jest tylko taka, że zamiast próżnego, leniwego i niekompetentnego Szeryfa Lamba mamy teraz do czynienia z człowiekiem próżnym, leniwym i skorumpowanym. Weronika omiotła wzrokiem siedzących przy stole ludzi ostatecznie zawieszając wzrok na groźnie wyglądającym Lambie. Dopiero zszedł ze sceny i nie wyglądał na zadowolonego. 
            Pokój był wypełniony do granic możliwości. Weronika i Keith usiedli naprzeciwko Dana Lamba i Petry Landros. Mike, Margie i Ella Dewalt siedzieli blisko siebie po lewej stronie Weroniki. Crane stał za nimi. Po prawej od Keita siedziała rodzina Scott. Lianne dzieliło od Keitha tylko kilka centymetrów. Ich bliskość wprawiała Weronikę w konsternację, czuła mrowienie w kręgosłupie za każdym razem gdy spojrzała w ich stronę.
            Keith i Lianne nie widzieli się ponad dziesięć lat; ich rozwód był szybki i bezproblemowy. Jeden podpis na dokumentach. Weronika martwiła się, że ich obecność w jednym pokoju może mieć zły wpływ na atmosferę spotkania, materia i antymateria na granicy eksplozji. Nic takiego nie miało jednak miejsca, uśmiechnęli się do siebie witając się uściskiem dłoni. Normalne, ludzkie zachowanie. 
            - Cześć Keith.
            - Lianne, miło Cię widzieć. Przykro mi tylko, że w takich okolicznościach.
            Chwilę później po prostu usiedli. To była ich cała interakcja.
            Weronika spojrzała jeszcze raz na twarze zgromadzonych w pokoju osób. Mike Dewalt patrzył przed siebie, z jego wzroku można było wyczytać jak wielką ulgę przyniosła mu niedawno odebrana wiadomość. Margie nie mogła przestać płakać, chowała twarz za ogromną chustką. Ella była po prostu blada, jej usta i oczy odznaczały się na tle szarej twarzy. Crane, stojący za nimi, trzymał się kurczowo krzesła. Palce miał białe od ściskania oparcia. Siedzący po drugiej stronie stołu Lianne i Tanner trzymali się za ręce. Hunter siedział na kolanach Lianne, opierał głowę o jej ramię i patrzył tempo w przestrzeń.
            Dopiero obie rodziny zostały poinformowane, że ich córki nie żyją, że zostały zamordowane. Tylko po to, by chwilę później dowiedzieć się, że to nie prawda. W powietrzu było czuć niepisaną ulgę.
            - Adres mailowy z którego przyszła wiadomość jest tylko zlepkiem nic nieznaczących liczb – Mike odezwał się jako pierwszy – Ale w załączniku był dodany plik dźwiękowy. Jak to się nazywa kochanie?
            - Mp3 – Ella odpowiedziała mu swoim miękkim głosem.
            - Mp3 – powtórzył – posłuchajcie.
            Nacisnął przycisk. Usłyszeli męski głos. Nagranie zostało jednak wcześniej przerobione, brzmiało jakby mówił do nich robot-zabawka.
             
            „Dewaltowie: Wasza córka żyje. Jeśli chcecie ją jeszcze kiedyś zobaczyć: podążajcie za naszymi instrukcjami. Chcemy 600 tysięcy dolarów w nieoznaczonych banknotach. Spakujcie je w małą walizkę. Nie próbujcie dodawać do niej żadnego urządzenia do śledzenia. Jeśli to zrobicie – skażecie swoje dziecko na natychmiastową śmierć. Nie angażujcie w to policji; skażecie tym swoje dziecko na natychmiastową śmierć. Skontaktujemy się z Wami wieczorem 26 i podamy kolejne instrukcje – gdzie macie zostawić pieniądze. Nie próbujcie organizować na nas zasadzki, obserwujemy każdy Wasz ruch.     
            Na razie Wasza córka jest cała i zdrowa, ale bardzo przestraszona. W dowód na to, że żyje – zapytaliśmy ją o coś, co tylko ona mogłaby wiedzieć. Powiedziała nam, że raz wymknęło się Wam, że została poczęta w rytm piosenki Meat Loaf „I’d Do Antyhing For Love”. Powiedziała, że tylko Pan i Pani Dewalt mogą to wiedzieć.
            Nie próbujcie nas przechytrzyć. Jeśli będziecie kierować się naszymi instrukcjami – Wasza córka wróci do Was przed końcem weekendu. Nie chcemy postępować brutalnie, ale jeśli nas do tego zmusicie – będziemy.”

            Margie schowała twarz całkowicie w swoich dłoniach. Jej szlochanie wypełniło cały pokój. Ella oplotła ją swoim ramieniem. Wyglądała na mocno przestraszoną. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
            - Ktoś musiał śledzić ruch pieniędzy na stronie – powiedziała Weronika. Jej głos wydawał się trochę za głośny – porywacze żądają dokładnie takiej sumy jaka została zebrana. To nie może być przypadek.
            - Wiadomość do nas jest prawie identyczna – Tanner w końcu się odezwał. Miał na sobie koszulkę z wizerunkiem córki. Różowy napis „Aurora” zasłaniał dziewczynie pół czoła. Tanner wyglądał jakby postarzał się w ostatnich dniach o co najmniej kilka lat. Zmarszczki na jego twarzy znacznie się pogłębiły. Przycisnął guzik w telefonie by puścić wiadomość którą dostali.
            Miał rację; była prawie taka sama. Słowo w słowo. Jedyną różnicą było zdanie mające udowodnić rodzinie Aurory, że ta żyje. 
            „Aurora powiedziała, że wraz z Lianne robiły imbirowe naleśniki w noc podczas której Tanner miał ostatni nawrót. Czekałyście na jego powrót do domu i próbowałyście zabić czas gotując. Nakarmiłyście nimi psa.”
            - To było lata temu – wyszeptała Lianne – miała może dwanaście czy trzynaście lat. Nie rozmawiałyśmy o tym od tamtej pory.
            Lianne wzięła głęboki oddech i rozejrzała się po pokoju.
            - Ale to dobrze, prawda? To znaczy, że dziewczynki żyją. To znaczy, że możemy je odzyskać.
            Lamb odchrząknął. Widać było, że walczy ze sobą by jego twarz nadal wyglądała sympatycznie, ale nie było to ani trochę naturalne. Wyglądał jakby swoim pozytywnym nastawieniem miał za chwilę kogoś przydusić.
            - Nie chcę zabijać Waszych nadziei, ale po każdym porwaniu pojawiają się fałszywe informacje od fałszywych porywaczy. Dziecko Lindbergów – Jon Benet… teraz też możemy mieć do czynienia z podobnym żartem.
            Margie wydała z siebie głośne westchnięcie.
            - Nie ma takiej możliwości, że Hayley powiedziałaby komukolwiek o tej piosence. To było dla niej za bardzo upokarzające. Ja myślałam, że to zabawne, nie mogłam się powstrzymać żeby jej o tym powiedzieć gdy kiedyś puścili tę piosenkę w radio gdy razem przygotowywałyśmy kolację. Musiałam jej powiedzieć. Ale ona uciekła do pokoju i nie wyszła z niego do końca wieczora.
            - Mogła powiedzieć którejś przyjaciółce, chłopakowi… - odezwał się Lamb.
            - Nie. Nie zna Pan Hayley tak jak ja ją znam. Była wściekła, że jej o tym powiedziałam. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby to powiedzieć komukolwiek.
            - Ja po prostu nie chcę, żebyście wpadali w euforię – Lamb westchnął – przyjrzymy się nowym możliwościom jakie dały nam te dwa maile. Ale faktem jest, że mamy podejrzanego w areszcie i połączyliśmy go z miejscem obu zbrodni. Mamy też fizyczny dowód na to, że ma związek ze zniknięciem obu dziewczyn. Nie wygląda to dobrze i byłoby błędem gdybyśmy podążali zgodnie z instrukcjami porywaczy.
            - Błędem? – Weronika usłyszała głos Lianne, przez chwilę zobaczyła w niej cząstkę matki, którą tak dobrze pamiętała. Żona policjanta, skora do walki o sprawiedliwość.
            - Posłuchaj mnie Szeryfie – Lianne pochyliła się w stronę Lamba – Dopóki istnieje cień szansy, że Aurora żyje. Będziemy się tego trzymać. Zrobimy wszystko, żeby ją odzyskać.
            W tym momencie Landros podniosła dłonie. Jej udawana mina było dużo bardziej przekonująca niż maska, którą przybrał Lamb. Usta miała wygięte w podkówkę, w oczach widać było dobroć.
            - Proszę, Pani Scott. Jesteśmy tutaj by pomóc. Zapewniam, że zrobimy wszystko co w naszej mocy by pomóc sprowadzić dziewczynki do domów całe i zdrowe.
            - Co myślisz, Keith? – Lianne nagle odwróciła się w stronę ojca Weroniki.
            - Nie pracowałem nad tą sprawą - Keith potrząsnął głową – Nie mogę wypowiadać się odnośnie szczegółów. Powinnaś zadać to pytanie Weronice.
            Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Weroniki. Serce zaczęło jej bić szybciej, właściwie bezwiednie podniosła rękę i dotknęła opatrunku na szyi.
            - Więc – powiedziała ostrożnie – nie mogę być niczego pewna. Ale nie jestem przekonana by Willie Murphy był osobą, której szukamy.
            - Przecież to Ty zapewniłaś mi dowody, Mars! A teraz mówisz…. - Lamb patrzył na Weronikę z niedowierzaniem.
            Mówię, że nie znamy jeszcze całej historii – Weronika przerwała mu w pół słowa – Murphy zaryzykował swoim życiem by pomóc mi wydostać się z domu braci Gutierrez. Myślę, że on wie coś o zaginięciu dziewczyn, ale nie sądzę, żeby był porywaczem. Albo mordercą. I wszyscy ignorują fakt, że był zamknięty w areszcie gdy dostaliśmy informacje od porywaczy. Oznacza to, że albo ma wspólnika, albo po prostu nie stoi za tą sprawą.
            Weronika patrzyła Lambowi prosto w oczy, lekko uniosła brodę, napięcie unoszące się nad stołem na ich linii wzroku – rosło niebezpiecznie.
            - Możemy użyć uzbieranych pieniędzy na zapłacenie okupu? Czy to… Czy to możliwe Pani Landros? – Margie Dewalt przerwała ciszę podnosząc zapłakaną twarz znad chustki – wiem, że te pieniądze były zbierane jako nagroda za odnalezienie dziewczynek, ale na razie te środki w żaden sposób nie pomogły nam zbliżyć się do odkrycia prawdy. Może chociaż pomogą nam sprowadzić nasze córki do domów?
            - Koleś którego aresztowaliście miał jej naszyjnik. Czy to nie oczywiste, że ją zabił? - Nagle odezwał się Crane, mówił głośno i z wyraźnym szyderą w głosie.
            - Powiedziała wam, że Willie był w więzieniu gdy pojawiły się maile – kiwnął głową w stronę Weroniki – ktokolwiek nie wysłał tych maili, stara się tylko wyciągnąć z Was pieniądze.
            Mike Dewalt skoczył na równe nogi. Widać było przerażenie na jego twarzy. Bez zawahania podszedł do swojego syna i złapał go za przód koszuli zbliżając swoją twarz do jego. Margie zapiszczała odsuwając się na krześle jak najdalej od obojga. Weronika spojrzała kątem oka na Ellę, na jej twarzy pojawiła się nagle chęć obrony.
            Keith wstał ze swojego krzesła zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Podniósł obie dłonie w uspokajającym geście, jednocześnie robiąc kilka kroków w stronę mężczyzn.
            - Panie Dewalt. Proszę… Nie chciałbym zobaczyć Pana zamkniętego w celi. Nie w momencie, w którym wszyscy powinniśmy być skupieni na ściągnięciu Hayley do domu – jego głos był cichy ale dobrze słyszalny.
            Pokój pogrążył się w ciszy. Weronika zorientowała się, że przez cały ten czas wstrzymywała oddech. Mięśnie miała spięte do granic możliwości.
            Mike zamarł, jeszcze przez chwilę patrzył prosto w oczy swojego syna. Po chwili puścił jego koszulę. Crane oparł się o ścianę, trząsł się – Weronika nie umiała stwierdzić czy z wściekłości czy ze strachu.  
            - Odpowiadając na Pana pytanie, porozmawiam dzisiaj z prawnikami. Na razie nie widzę powodu, dla którego nie mielibyśmy użyć tych pieniędzy na spłatę okupu – Petra poczekała aż Mike usiądzie nim się odezwała.
            Tym razem po chwili ciszy odezwał się Tanner.
            - A co ze specjalistami od okupów?
            Oczy wszystkich zgromadzonych w pokoju spoczęły na jego zmęczonej twarzy. Tanner skakał wzrokiem od jednej osoby do kolejnej.          
            - Z kim? – Petra patrzyła na niego zdziwiona.
            Tanner uśmiechnął się przepraszająco, jakby jego pytanie było niezręczne.
            - No wie Pani – mówię o ludziach, dzięki którym przekazywanie okupów odbywa się zgodnie z ustalonym planem? Wiele firm ochroniarskich proponuje takie usługi – Tanner polizał swoje spierzchłe wargi.
            Margie spojrzała na swojego męża, szczerze zainteresowana podjętym przez niego tematem. Lamb patrzył spode łba, ale nie odezwał się słowem.
            - Oh, oczywiście. Jeżeli Waszym zdaniem pomoże to w rozwiązaniu tej sprawy – Petra nie zdążyła dokończyć zdania gdy Lianne wstała nagle z Hunterem na rękach.
            - Oczywiście, ze takie jest nasze zdanie – spojrzała morderczym wzrokiem na Lamba – czułabym się bezpieczniej z profesjonalistami u naszego boku.
            Weronika wiedziała, że wypowiedź Lianne była skierowana do Lamba ale nadal się spięła. Poczuła się jakby ona i Keith nie byli profesjonalistami, jakby nie robiła wszystkiego co w jej mocy, żeby sprowadzić dziewczyny do domów.
            Lianne była w połowie drogi do drzwi zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć. Tanner spojrzał na wszystkich niezręcznie i ruszył za nią.
            Spotkanie chyliło się ku końcowi. Crane wybiegł z pokoju zanim ktokolwiek z jego rodziny zdążył się podnieść z krzeseł. Wszyscy nadal obecni zbierali swoje rzeczy i powoli opuszczali pomieszczenie. Weronika po raz ostatni spojrzała na Lamba i również wyszła. Keith szedł tuż za nią.
            - Wszystko w porządku? – zapytał gdy byli już na schodach na zewnątrz.
            - Tak, wszystko ok – Weronika odpowiedziała uśmiechając się lekko.