Veronica Mars: The Thousand-Dollar Tan Line
/// polskie tłumaczenie ///


czwartek, 11 lutego 2016

Rozdział pierwszy


            - Ten?
            Weronika Mars siedziała na twardym plastikowym krześle w gabinecie neurologa. Skrzyżowała nogi, stopy w butach motocyklowych podrygiwały jej w rytm badania, które przechodził jej ojciec. Keith Mars siedział na kozetce naprzeciwko swojej lekarki. Obserwował ją gdy powoli, wyćwiczonym ruchem przekręcała karty.
            - Taczka – odpowiedział bez wahania widząc kolejny rysunek. Doktor Subramanian nie przytaknęła, z poważną miną po prostu odłożyła kartę na kupkę po jej lewej stronie.
            Gabinet neurolog był urządzony w surowym stylu, przyciemnione światło lamp sprawiało jednak, że panował w nim przyjemny nastrój. Zupełnie inny od tego, którym zwykle charakteryzują się szpitale. W tym gabinecie zawsze miało się wrażenie, że jest już wczesny wieczór. Weronika udawała, że zainteresował ją artkuł w gazetce sprzed czterech miesięcy. Przeskanowała oczami tytuł: ”Dwadzieścia prezentów poniżej 20$”
            - To?
            - Aligator.
            Weronika spojrzała na tatę i leżącą tuż przy jego boku tytanową laskę. Minęły dwa miesiące od wypadku samochodowego w którym prawie zginął jej ojciec. Keith siedział w samochodzie z zastępcą Szeryfa – Jerrym Sacksem. Jerry przekazywał mu informacje na temat korupcji w biurze Szeryfa, kiedy to z pełną prędkością wjechała w nich furgonetka.   Samochód zawrócił i uderzył w nich jeszcze raz. Sacks zginął na miejscu. Keith przeżył tylko dzięki Loganowi Echollsowi, który zdołał wyciągnąć go z samochodu zanim ten wybuchł.
            Oficjalna wersja, a przynajmniej wersja którą rozgłasza Szeryf Dan Lamb mediom, jest taka, że Sacks był na usługach lokalnego dealera narkotyków – Danniego Sweetsa. Furgonetkę wysłano, żeby zabić Sacksa za to, że pozwolił aresztować trzech podwładnych dealera. Historyjka wyssana z palca, ale lokalne media nie czuły potrzeby grzebania w tej sprawie głębiej.
            Weronika próbowała porozmawiać z ojcem o wypadku od dnia w którym miał miejsce ale Keith był irytująco ostrożny jeśli chodzi o szczegóły.       Próbował ją zbyć powtarzając ciągle, że to jego sprawa a nie jej. Wszystkie próby Weroniki w końcu przerodziły się w swego rodzaju grę. Za każdym razem gdy pytała Keitha o cokolwiek związanego z wypadkiem, odpowiadał jej, żeby zgadywała. Nie musiała go zmuszać do ujawnienia tylko jednego faktu: morderca miał zabić Sacksa a nie jego.
            - Świeczka. Pierścionek. Parasolka – Keith wypowiadał głośno.
            Weronika codziennie upewniała się, że jej tata czuje się lepiej. Okropny fioletowy siniak pokrywający większą część jego ciała powoli tracił swój kolor. Jednak wszystkie poważniejsze urazy: połamane żebra, pęknięta miednica, uszkodzona wątroba – nadal były jego największym zmartwieniem.
            Oprócz tego miał uraz czaszki, krwiaka podtwardówkowego i łagodne wstrząśnienie mózgu. Przez kilka tygodni jego reakcje były spowolnione. Pierwsze dni po tym jak lekarzom udało się ustabilizować jego stan, były bardzo trudne. Miał problemy z mówieniem, zawieszał się nawet na kilkanaście sekund zanim mógł coś powiedzieć.
Teraz odpowiadał na większość pytań Doktor Subramanian szybko i stanowczo. Po każdej odpowiedzi był pewniejszy siebie, siedział bardziej wyprostowany. Weronika widziała, że wraca do siebie z każdym dobrze wypowiedzianym słowem.
            - Bardzo dobrze Panie Mars – brytyjski akcent lekarki łagodził chrapliwy dźwięk jej głosu. Obdarzyła Keitha jednym ze swoich nielicznych uśmiechów. Weronika odłożyła gazetę.
            - Więc jaki jest werdykt Pani Doktor? Jest jak nowy? Możemy go wziąć na próbną jazdę?
            Doktor Subramanian odwróciła się by obdarzyć Weronikę surowym spojrzeniem zza swoich kwadratowych okularów. Siwe włosy miała spięte w koka, na ustach delikatną szminkę. Weronika zgadywała, że ten odcień nazywał się „bez głupich żartów”. Kolejny powód by lubić lekarkę ojca.
            - Nie powiedziałabym, że jest jak nowy, ale jestem zadowolona z jego postępów. Jak ma się Pana czas reakcji, Panie Mars?
            - Szybki jak błyskawica – odpowiedział jej Keith, jednocześnie udając, że sięga do kabury na broń.
            - Zauważyła Pani jakieś zmiany w zachowaniu ojca? Zmienność nastrojów, dziwne postępowanie, problemy z wnioskowaniem? – lekarz zwróciła się do Weroniki.
            - Nie jest dziwniejszy niż zwykle – odpowiadając uśmiechnęła się w stronę ojca.
            - Hmm – Doktor Subramanian spojrzała w kartę swojego pacjenta – Jak się mają Pana inne obrażenia? Widzę, że był Pan na wizycie u internisty wcześniej w tym tygodniu.
            - Powiedział mi, że raczej nie pobiegnę już w żadnym maratonie, ale wrócę do pracy.       Chciałbym do niej wrócić jak najszybciej – odpowiedział jej Keith prostując poły marynarki. Każdego dnia odkąd tylko wypisali go ze szpitala, jego codziennym celem było założenie świeżo wyprasowanej koszuli i marynarki, tak jakby naprawdę wybierał się do biura.
            - Hmm… - Doktor otworzyła dużą kopertę, wyciągnęła z niej ziarniste zdjęcia z rezonansu magnetycznego i przyczepiła je do święcącej tablicy. Włączyła światło, wyjęła z kieszeni fartucha wskaźnik laserowy.
            - No więc w tym tygodniu zdjęcia Pana czaszki są dużo lepsze niż poprzednio. Opuchlizna zeszła prawie całkowicie, tutaj może Pan zauważyć różnicę – wskazała miejsce na skanie.
            Weronika odetchnęła z ulgą. Tablica podświetlająca zdjęcie czaszki jej ojca nagle stała się mniej wyraźna. Ukradkiem otarła łzę z kącika oka. Dopiero teraz zaczęło do niej docierać jak bardzo zależy jej na ojcu. Nie mogła sobie wyobrazić, że nagle miałoby go zabraknąć przy jej boku. Był jej jedyną rodziną. Każdego ranka budziła się z lekkim bólem żołądka, czekając cierpliwie aż wszystko w ich życiu wróci do normy.
             Normalność to wyświechtany slogan, prawda? Uśmiechnęła się do siebie. Nic w jej życiu nie było normalne odkąd wróciła do Neptun po dziewięciu długich i spokojnych latach przeżytych w Nowym Jorku. Jako nastolatka marzyła tylko o tym, żeby uciec z tego miejsca rządzonego przez bogatych i skorumpowanych. Uciec od problemów swojej młodości. I w końcu jej się to udało. A przynajmniej na pewien okres. 
            Opuściła Neptun, najpierw udając się do Stanford, potem wyjeżdżając na studia prawnicze na Uniwersytet Columbia. Życie, które poukładała sobie od początku, wydawało się być całkiem w porządku. Maleńkie mieszkanko na Brooklynie, rzut beretem od Prospect Park. Oferta pracy od kancelarii prawniczej Truman-Mann, gdzie miałaby szansę uczyć się od najlepszych prawników Nowego Jorku. Słodki, utalentowany, poukładany chłopak – Piz. Zostawiła to wszystko za sobą. Jeden telefon sprawił, że wróciła do Neptun. Logan, jej licealny chłopak, został oskarżony o morderstwo swojej ówczesnej dziewczyny. Weronika rzuciła wszystko i wróciła do Neptun by udowodnić jego niewinność. 
            Odkryła tożsamość prawdziwego mordercy i odkryła tez na nowo cząstkę siebie, którą myślała, że utraciła na zawsze. Cząstkę, która mówiła jej, że powinna być prywatnym detektywem a nie prawnikiem. Dodatkowo, całkiem na nowo odkryła Logana. Teraz był jej… kim? Nowym-starym chłopakiem? Kochankiem? Kolegą z skype? Kolegą do seksu? Jakkolwiek by go nie nazwała, maile od niego wypełniały całą jej skrzynkę. Zdarzało mu się wysłać nawet pięć dziennie, krótkich i żartobliwych. Czasami pisał dłuższe, poważniejsze wiadomości. Weronika zawsze odpowiadała w lekkim tonie. Taka po prostu była, jakby jej celem była zamiana wszystkiego w żart. Droga ucieczki od tego co tak naprawdę grało jej w duszy. Ratunek na ten ciągły ból tęsknoty który jej towarzyszył.
            Do tego sama nie wiedziała jak miałaby ująć w proste słowa to co naprawdę czuła. Chwile, które spędzili razem tuż przed wyjazdem Logana na kolejną misję, były jednymi z najspokojniejszych chwil jej życia. Nawet biorąc pod uwagę jej strach o zdrowie taty. Pierwszy raz od bardzo dawna czuła się spełniona. Chwilę później, tak po prostu, Logan zniknął.
            - Więc chciałabym dać Panu jeszcze dwa tygodnie zwolnienia, żeby się upewnić, że wrócił Pan do zdrowia. A potem owszem, o ile obieca mi Pan, że zacznie Pan powoli, może Pan wrócić do swojej pracy – głos Doktor Subramanian zaczął docierać do Weroniki – ale Pani, Pani Weroniko, będzie odpowiedzialna za stopowanie swojego ojca przed przepracowywaniem się. Jeśli tylko będzie chciał zrobić coś ponad swoje siły, ma Pani całkowite prawo odesłać go do domu.
            - Słyszałeś to tato? – Weronika wskazała palcem na ojca – Agencja detektywistyczna Mars właśnie załatwiła sobie nowego i taniego praktykanta. Xero, kawa i poczta – to będzie Twoje zajęcie mój drogi.
            - Całe życie czekałem na ten moment – Keith klasnął w ręce, na co Weronika odpowiedziała mu półuśmiechem. Pomimo ich przekomarzania, niejasne uczucie niepokoju ukuło Weronikę w serce. Oczywiście, że jej ulżyło. Jej tata w końcu będzie mógł niedługo wrócić do pracy, która była dla niego bardzo ważna. Jeszcze będąc w liceum pracowała w firmie detektywistycznej ojca. Oficjalnie była jego sekretarką. Nieoficjalnie? Zajmowała się sprawami na które Keith nie miał czasu.
            Teraz po prostu zastanawiała się jak to będzie gdy oboje wrócą do pracy w biurze. Przedzielą je na pół taśmą? Będą w ogóle w stanie wcisnąć tam jeszcze jedno biurko? Wyobraziła sobie różowy dziecięcy stolik postawiony obok biurka ojca, tabliczka z napisem „Pierwszy stolik do mojego biura”. Ona siedząca skulona z kolanami przy klatce piersiowej, pisząca szybko na wyimaginowanym komputerze podczas gdy ojciec przygląda jej się z rezerwą.
            Jej myśli były niedorzeczne. Przecież już wcześniej pracowali razem. Sytuacja wyglądała jednak trochę inaczej. Keith nie był zadowolony z decyzji Weroniki. Rzuciła dobrze rokującą karierę by wrócić na stare śmieci i biegać za ludźmi z teleobiektywem. Przez ostatnie dwa miesiące był w stanie udawać sam przed sobą, że Weronika jest w Neptun by pomóc mu w rekonwalescencji. Jednak coraz częściej zdarzało mu się zadręczać samego siebie o przebieg zdarzeń sprzed wypadku. Gdy Weronika wspominała coś o sprawach nad którymi pracowała lub chociaż próbowała żartować na ich temat – Keith szybko odwracał wzrok. Jakby Weronika właśnie się zbłaźniła a jemu było za nią głupio.
            Nie mógł zrozumieć dlaczego wróciła. Czasami ona też miała problem ze zrozumieniem swojego postępowania. Neptun było tym samym połyskującym, brudnym przybrzeżnym miasteczkiem z którego wyjechała niemal dekadę temu. Ale moment w którym zaczęła pracę nad sprawą Logana zmienił wszystko. Poczuła pragnienie dojścia do prawdy, do znalezienia jej w tym stosie kłamstw. Śledztwo wciągnęło ją jak wir.
            Kilka minut później wyszli razem z gabinetu lekarza. Kątem oka zwróciła uwagę na to jak ojciec przygryzł wargi z bólu gdy schodzili po trzech schodkach na parking. Keith Mars był niewysokim, krępym, właściwie łysym mężczyzną. Weronika uśmiechając się pomyślała, że nawet z daleka wygląda na policjanta. Minęło osiem lat odkąd ostatni raz miał na sobie mundur, ale ona już zawsze będzie w nim widziała policjanta.
            - Wiesz jakie to uczucie? Być o jeden krok bliżej perfekcyjnej formy sportowca? – ironicznie postukał laską w asfalt – Już niedługo, krok za krokiem i wrócę do formy profesjonalisty.
- Hej – Weronika szturchnęła go delikatnie w ramie – zachowuj się lepiej to może nawet pozwolę Ci wyczyścić akwarium w biurze.
Granatowy kabriolet BMW Logana stał na parkingu wypełnionym średniej klasy sedanami. Nalegał by Weronika pożyczyła od niego samochód podczas gdy on będzie na morzu.
- Będę uwięziony na ogromnej puszce po śledziach, na środku Zatoki Perskiej. Przez najbliższe sześć miesięcy. Jak ma mi się niby przydać ten samochód? – przekonywał ją.
Próbowała protestować. BMW Logana jest warte więcej niż ona zarobi przez najbliższe kilka lat, ale każde wejście do kabrioletu sprawiało, że miała gęsią skórkę z ekscytacji. Nie tylko dlatego, że deska rozdzielcza wyglądała jak wyjęta ze statku kosmicznego. Ani dlatego, że skórzane wykończenia były delikatne jak jedwab. Lekko wywietrzały, ciepły, piżmowy zapach nadal utrzymywał się w samochodzie. Odległe wspomnienie perfum Logana.
            Trzymając palce na kierownicy, prawie czuła dłonie Logana pod swoimi. „Tracisz nad sobą kontrolę Mars” – powiedziała do siebie w myślach gdy Keith zapinał swój pas. „Nie masz już prawa do zachowywania się jak szalona nastolatka”. Poza tym już dwa i pół miesiąca za nimi. Jeszcze tylko sto dwanaście dni i Logan będzie z powrotem w Neptun.

piątek, 5 lutego 2016

Prolog



             Autobusy zaczynały zjeżdżać się do Neptun, w Kalifornii, już w piątek późnym popołudniem i nie przestawały aż do poniedziałku. Przyjeżdżały zakurzone, brudne i z odpryskami na lakierze i szybach – pamiątce po odskakujących kamieniach. Zwykłe konsekwencje jeżdżenia drogami międzystanowymi. Zatrzymywały się przy promenadzie, drżące od stłumionych dźwięków, trzęsące się jak psy czekające na rozkaz.
            Ich trasy, łączące małe nadmorskie miasteczka ze wszystkimi miastami uniwersyteckimi na zachodzie Stanów Zjednoczonych, tworzyły skomplikowane sieci. Do Los Angeles i San Diego, do Bay Area i Inland Empire. Do Phoenix, Tuscon, Reno. Do Portland i Seattle, do Boulder, do Boise, nawet do Provo. Zza każdej szyby wyzierała podekscytowana młoda, studencka buzia.
            Autobusy jeden po drugim otwierały drzwi a fale rozemocjonowanych studentów wylewały się z nich na ulice. Zachwyceni obserwowali piasek, surferów, budki z jedzeniem i wesołe miasteczko przy promenadzie. 
Niektórzy z nich dopiero co skończyli zdawać sesję, całe noce spędzali ucząc się do egzaminów. 
            Teraz nagle znaleźli się w świecie z bajki, który wydawał się istnieć tylko dla nich. Roześmiani i szczęśliwi zalali całe miasteczko. Potykali się spacerując całkiem pijani ulicami Neptun, wierząc, że magia dzięki której się tu znaleźli, nie pozwoli im uderzyć głową o beton. I przez dokładnie trzy dni: ta magia działała.
            W środowy poranek, nadmorskie miasteczko które jeszcze w nocy oszałamiało blaskiem, zaczynało wyglądać całkiem normalnie. Wręcz przyziemnie. Wszędzie zakradał się brud. Setki zgniecionych puszek po piwie rozrzucone na chodnikach, śmieci wylewające się z przepełnionych śmietników. Zużyte prezerwatywy zdobiące alejki i krzaki w parkach, potłuczone szkło pokrywające ulice.
            W motelu Sea Nymph było upiornie cicho gdy osiemnastoletnia Bri Lafond weszła na jego teren potykając się o własne nogi. Prawie wszyscy goście hotelowi spędzali w nim swoją wiosenną przerwę semestralną, więc zabawa nie zaczynała się wcześniej niż popołudniu. Bri spędziła noc imprezując na przedmieściach Neptun, nie zdążyła jednak zamówić taksówki zanim przyjęcie się skończyło. Była tak pijana, że spacer powrotny do hotelu wydawał się jej całkiem dobrym i wykonalnym pomysłem. Teraz brnęła przez piasek do pokoju, który wcześniej wynajęła ze swoimi trzema najlepszymi przyjaciółkami ze studiów.
            Bri miała to gdzieś, że przez cały tydzień obserwowały z okna śmietnik, ten pokój był po prostu najtańszy z najlepszych. Przez chwilę walczyła z zamkiem w drzwiach. Jej największym marzeniem było rzucenie się na jedno z dwóch podwójnych łóżek, które dzieliła z koleżankami.
            Szpary w żaluzjach przepuszczały promienie bladego słońca do wnętrza pokoju. Leah leżała w poprzek łóżka z głową schowaną pod poduszką, nadal miała na sobie sukienkę z poprzedniego wieczoru. Nogi miała całe brudne i posiniaczone.  Melanie sączyła napój z papierowego kubka oparta o zagłówek łóżka. Miała na sobie bordowe krótkie spodenki i górę od stroju kąpielowego. Jej długie, potargane blond włosy przykleiły się do rozmazanego makijażu wokół oczu. Spojrzała na drzwi gdy usłyszała, że się otwierają.
            - Za jakieś pół godziny mam lekcję surfowania a nadal jestem pijana – powiedziała w stronę Bri z trudnością skupiając wzrok na koleżance
            - Gdzie byłaś? Wyglądasz strasznie - dodała krzywiąc się. 
            - Dzięki wielkie – Bri schyliła się, żeby rozpiąć buty. Stopy pulsowały jej z bólu. – Gdzie jest Hayley? Poszła już surfować?
            - Nie widziałam jej – Melanie zamknęła oczy i oparła głowę ościanę. Bri zastygła w bezruchu zdejmując but, spojrzała na Melanie.
            - Od kiedy? – zapytała.
            - Od… od tej imprezy w poniedziałek… chyba. – wymamrotała spod przymkniętych powiek.
            - Kurwa - Melanie otworzyła nagle oczy. 
            Bri zamrugała i w końcu ściągnęła but z bolącej stopy. Usiadła na łóżku i delikatnie potrząsnęła Leah za ramię.
            - Hej, Leah. Obudź się. Widziałaś wczoraj Hayley?
            Spod poduszki wydobył się cichy jęk Leah. Na chwilę zwinęła się w kłębek, rękoma oplotła swoją głowę. Bri i Melanie przez dobre kilka minut nie mogły w żaden sposób dobudzić koleżanki. W końcu Leah odsunęła poduszkę z twarzy i spojrzała na nie niechętnie.
            - Hayley? Nie, nie widziałam jej od tej poniedziałkowej imprezy.
Bri oblał zimny pot, nieprzyjemne uczucie pustki przeszyło jej ciało. Przeczytała jeszcze raz swoje SMSy. Ostatnią wiadomość od Hayley dostała w poniedziałek popołudniu: 

Mamy zaproszenie na imprezę w REZYDENCJI. Idziesz?”

            Przygotowania zajęły im trzy godziny. Hayley zdecydowała się na nietypowo wyciętą, obcisłą i krótką sukienkę, która zwracała uwagę na jej długie, opalone nogi. Upierała się, że nogi są jej największym atutem. Na imprezę zaprosił ją jakiś gość, którego poznała w Cabo Cantina gdy kupił jej drinka. Powiedział jej, że ma przyjść ze swoimi najseksowniejszymi koleżankami.
            Na imprezę poszły więc wszystkie. Do posiadłości wchodziło się krętą prywatną drogą, najpierw mijając w bramie krzepkich ochroniarzy. Dom w którym się znalazły był bardzo nowoczesny, kwadratowa bryła z modnymi wykończeniami. Każde pomieszczenia aż kipiało luksusem. Melanie od razu wtopiła się w tłum kręcąc biodrami w rytm muzyki. Leah zauważyła w kuchni chłopaka z którym chodziła na biologię, więc ruszyła w jego stronę. Hayley i Bri przepchnęły się przez tłum na tylne patio. Ich oczom ukazał się ogromny basen. Tuż za nim rozciągała się plaża, ledwo widoczna w świetle księżyca.
            Oczy Hayley błyszczały, odbijając kolorowe światła patio.  Cały weekend jej nastrój wahał się pomiędzy smutkiem a nieopisaną chęcią buntu. W jednej chwili płakała, za chwilę tupała ze złości.
            - Chad nie będzie mi mówił co mogę, a czego nie mogę robić. Za kogo on się uważa? – wykrzykiwała do swoich przyjaciółek.
            Hayley i jej chłopak rozstawali się i schodzili ze sobą serki razy, ale tego wieczora dziewczyna wydawała się być podekscytowana. Tak jakby cała jej złość, żal i smutek po prostu zniknęły. Była jakby odmienioną sobą, świeżą, spokojną i szczęśliwą. Razem z Bri wmieszały się w końcu w tłum tańczących ciał i dały ponieść pulsującej muzyce. Głośny bas wygłuszył wszystkie zmartwienia w głowie Hayley. Straciła poczucie czasu, przestała liczyć ile drinków wypiła oraz… zgubiła swoje przyjaciółki.
            Bri przypomniała sobie widok Leah wciągającej kreskę kokainy z antycznego stolika kawowego. Schylając się przytrzymywała te swoje śliczne miodowe włosy z dala od proszku. Pamiętała też czyjeś ręce błądzące po jej ciele, niski męski głos szepczący jej na ucho, że byłaby dużo seksowniejsza w dłuższych włosach.
            Przed oczami migały jej wspomnienia o Hayley. Nachylała się do przystojniaka w pięknie skrojonym, białym garniturze. Długie rzęsy nadawały jego oczom niezwykłego wyglądu, wyginał żartobliwie wargi. Oprócz tych kilku wspomnień cała impreza była dla Bri jednym wielkim zamazanym punktem w jej przeszłości.
            Następnego ranka po imprezie obudziła się na krześle ogrodowym postawionym obok hotelowego basenu. Drżała z zimna, torebkę miała wetkniętą pod głowę. Nie miała pojęcia jak dostała się z imprezy do hotelu.
            - Widziałyście Hayley wychodzącą z kimś z imprezy? – Bri spojrzała na swoje przyjaciółki. Obie powoli potrząsnęły przecząco głowami.
            - Na pewno wszystko z nią w porządku -  niepewnie wyartykułowała Melanie – znając życie jest teraz z jakimś chłopakiem poznanym na imprezie. Prędzej czy później wróci.
            - Ale przecież obiecałyśmy sobie, że przynajmniej raz dziennie będziemy się ze sobą kontaktować – głos Bri zabrzmiał bardziej piskliwie niż tego chciała. W drodze do Neptun obiecały sobie, że bez względu na to jak dobrze będą się bawić na każdej z imprez, najważniejsza będzie dla nich pewność, że cała czwórka jest bezpieczna. Nieprzyjemne, zimne uczucie pustki odezwało się w ciele Bri raz jeszcze. Odblokowała telefon i wstukała wiadomość do Hayley: 

Gdzie jesteś? Zjedz z nami śniadanie. Odpisz najszybciej jak możesz.     

            Nie mogły zrobić nic innego, musiały po prostu czekać na jej odpowiedź. Melanie miała rację, Hayley pewnie straciła poczucie czasu, zresztą tak jak one wszystkie. Martwiły się o nią a ona zapewne bawiła się w najlepsze. Mimo wszystko Bri zrezygnowała ze śniadania i została w pokoju. Leah i Melanie poszły same. Siedziała w pokoju, drżała z zimna ale była za bardzo zmęczona żeby się przebrać. Znowu napisała wiadomość do Hayley. I jeszcze raz.

„Nie bądź samolubna i w końcu mi odpisz Hayley!”
„Wszyscy się o Ciebie martwią. ODPISZ MI”
„Okej, Twój czas się skończył. Jeśli nie odpiszesz mi w ciągu 10 minut dzwonimy na policję”
„Mówię całkiem poważnie”
„Proszę odpisz”
„Proszę!”