Veronica Mars: The Thousand-Dollar Tan Line
/// polskie tłumaczenie ///


czwartek, 16 czerwca 2016

Rozdział dziewiętnasty



             Krótki, piskliwy okrzyk wydobył się z gardła Weroniki zanim zdążyła się opanować. Eduardo złapał ją za ramię i boleśnie wbił jej palce w skórę. Pociągnął ją za sobą w głąb biblioteki.
             - Jak Ty się tu kurwa dostałaś? - ślina rozpryskiwała się na wszystkie strony gdy mówił. Weronika instynktownie chciała wyrwać ramie ale Eduardo miał ją w żelaznym uścisku.
             Na korytarzu słychać było czyjeś kroki. Rico wpadł do pomieszczenia, Willie tuż za nim.
             - Co się dzieje? - Rico zatrzymał się w pół kroku i patrzył się w osłupieniu. Willie zbladł, oczy miał szeroko otwarte. Eduardo potrząsnął mocno Weroniką. Po raz kolejny jęknęła, oddech miała płytki.
             - Ta mała dziwka zwiedzała sobie część domu w której nie powinno jej być. - Eduardo wypluwał agresywnie słowa.
             - Co do kurwy, Rico? To jedna z Twoich? Nie możesz pozwalać ludziom łazić po tej części domu – wciągnął mocno powietrze.
             Rozszerzone źrenice, cieknący nos, mnóstwo śliny w ustach, ktoś używa produktów zapewnianych miastu przez własną rodzinę. Oczy Weroniki spoczęły na zegarze wiszącym nad kominkiem. Brzydkie cherubinki patrzyły sobie w oczy. Było ledwie wpół do jedenastej, prawie piętnaście minut odkąd dzwoniła do Lamba.
             - To nie ja, nigdy nie widziałem tej laski – Rico podniósł ręce w obronnym geście – Pamiętałbym.
             - Eduardo mam wrażenie, że ją to boli – Willie wskazał dłonią na ściśnięte ramie Weroniki – może ją puść?
             - Zamknij się kurwa – Eduardo prychnął i spojrzał na Weronikę, przybliżył się do niej jeszcze bardziej, tak, że ich ciała dzieliło tylko kilka centymetrów. Zniknął romantyczny Eduardo którego Weronika poznała na poprzedniej imprezie. Teraz był napięty i agresywny. Żyły na szyi i rękach miał napięte do granic możliwości, włosy na głowie miał w nieładzie po ciągłym przeczesywaniu ich palcami. Dodając do tego jego gniew płonący w oczach, wyglądał na szalonego.
             Weronika poczuła jak łzy napływają jej do oczu, nie starała się ich powstrzymywać. Chciała wyglądać najbardziej bezbronnie jak była w stanie.
             - Nie pamiętasz mnie? Rozmawialiśmy przy basenie podczas ostatniej imprezy. Mieliśmy iść na spacer wzdłuż plaży, ale byłam tutaj z moim chłopakiem. Przyszłam dzisiaj, żeby Cię znaleźć, nie chciałam zrobić nic złego.
             - Masz mnie za debila? Dla kogo pracujesz?!
             Weronika spojrzała przelotnie na Williego i Rico. Nie wiedziała co chciała zobaczyć w ich oczach czy sympatię czy chociażby irytację. W zamian Willie patrzył się gdzieś w dal, jego małe królicze oczy błąkały się po ścianach pokoju. Jak gdyby w grzeczny sposób chciał dać znać Eduardo, że on nie chce mieć nic wspólnego z tą sytuacją. Rico dla odmiany uśmiechał się głupawo. Wyglądał jakby miał nadzieję na jakąś nagrodę.
             - Naprawdę przepraszam – wyszeptała Weronika. Na chwilę przestała widzieć wyraźnie, po czym łza spłynęła jej po policzku. Starała się stać w jak największym bezruchu, skupiała się najmocniej jak mogła nad sytuacją.
             - Nie chciałam zrobić nic złego. Proszę, po prostu mnie wypuść, wrócę na imprezę. Nie będę Cię niepokoiła. Jeśli chcesz wyjdę i już nigdy mnie nie zobaczysz.
             - Ej to się wydaje serio spoko pomysłem – Willie bujał się z pięt na palce.
             - Niczego złego przecież nie zrobiła, wyprowadźmy ją i tyle.
             - Wyjdź Willie – Rico w końcu się odezwał, jego głos był niski i spokojny – potrzebujemy trochę prywatności.
             Willie oblizał nerwowo usta i przetarł dłonią spocone czoło.
             - Jasne Rico. Ja tylko... Po prostu wrócę na imprezę, ok? - ruszył w stronę drzwi, początkowo bardzo powoli jak gdyby nie chciał opuszczać pomieszczenia. Po chwili zniknął w otchłaniach korytarza. Weronika słyszała w oddali otwierające i zamykające się drzwi. I tak po prostu nagle została sama z kuzynami Gutierrez.
             Rico odwrócił się i zamknął podwójne drzwi biblioteki. Zamek kliknął lekko. Eduardo stał bez ruchu, wpatrywał się w Weronikę nadal trzymając ją mocno za ramie.
             - Nie jestem pewna co zrobiłam źle – wypiszczała Weronika – Drzwi były otwarte, po prostu weszłam i rozejrzałam się po tej części domu.
             - Drzwi nie były otwarte, słońce.
             Eduardo nagle puścił jej rękę. Weronika cofnęła się o kilka kroków, rozmasowując miejsce w którym ją ściskał. Wilczy uśmiech pojawił się na jego twarzy, dokładnie ten sam który widziała podczas ich poprzedniego spotkania. Za pierwszym razem czuła się na celowniku, tym razem czuła się również zaszczuta.
             - Drzwi nie były otwarte i wszyscy dobrze o tym wiemy. Więc może po prostu skończ pieprzyć? - ostatnie słowo wykrzyczał jednocześnie zrzucając rząd książek z jednej z półek.
             Rico obszedł książki cały czas wpatrując się w Weronikę z głupim uśmieszkiem na twarzy.
             Weronika z rękoma za plecami przesunęła się o kolejny krok do tyłu, na plecach poczuła jedną z półek pełną książek. Próbowała dłońmi znaleźć cokolwiek co mogłoby posłużyć jej jako broń ale były tam tylko książki.
             - Kto. Cię. Przysłał? - Eduardo był na skraju furii. Ruszył w stronę Weroniki z zaciętym wyrazem twarzy. Dziewczyna odskoczyła i potknęła się o leżące na podłodze książki.
             - Nie mam pojęcia o czym mówisz – zapłakała. Patrzyła to na jednego to na drugiego prawdziwie zmieszana. Czy wiedzieli, że jest prywatnym detektywem? Czy podejrzewali, że może być z policji?
             - Ona nie podda się łatwo Eddie – wtrącił się ze swoim uśmieszkiem Rico – ale z pewnością będzie zabawnie.
             Gdy spojrzała na Eduardo ten sięgał ze swoje plecy, grzebał w czymś, czego nie była w stanie zobaczyć. Chwilę później serce zabiło jej boleśnie w piersi.
             Miał nóż.
             - Z kim tu przyszłaś? Sonoras? Zetas? - Eduardo bawił się ostrzem, światło odbijało się w nim bajecznie. Nóż miał około piętnastu centymetrów, Rico trzymał go w gotowości.
             Weronika wpatrywała się w niego przerażona, mózg działał jej na najwyższych obrotach. Myślał, że przyszła im zrobić krzywdę? Że jest kimś z wrogiego kartelu? To szalone. Zdecydowanie i bezdyskusyjnie szalone, ale Eduardo był śmiertelnie poważny. W Weronice zaczęło rosnąć ściskające uczucie paniki, naciskało na płuca i serce.
             - Nie jestem tu z nikim – wyszeptała. W głowie obliczała jak duża jest biblioteka. Rico i Eduardo stali blisko niej, każdy zasłaniając jej drogę ucieczki. Za nią znajdowała się półko z książkami, naprzeciwko niej tworzyła się jednak wolna szczelina między braćmi, którą mogło udać jej się prześlizgnąć. Ale jak dobrze radzi sobie z nożem Rico? Trzymał go w sposób jednoznacznie określający obeznanie z tematem. Nie była pewna czy udałoby jej się uciec chociaż do drzwi.
             - Zawsze tak mówicie – odpowiedział jej Rico. Cały czas uśmiechał się przerażająco. On wie, że nie jestem z kartelu – do Weroniki nagle dotarło. On tylko nakręca Eduardo na tę myśl, dla niego to zabawne. Ta myśl nie sprawiła, że poczuła się chociaż odrobinę lepiej.
             - Wiemy, że od jakiegoś czasu jesteście w mieście – źrenice Eduardo były tak szerokie, że Weronika widziała odbijający się w nich pokój. Wierzchem prawej dłoni przetarł nos.
             - Obserwujecie, czekacie na okazję. Liczycie na szansę przekazania wiadomości do El Oso.
             Weronika zastanawiała się przez moment czy to właśnie stało się z Hayley i Aurorze. Niczego nie odkryły ale czy nie padły ofiarami paranoi Eduardo i miłości Rico do świeżej krwi? Zrobiła krok w bok i uderzyła w ciężki słupek ze słownikami.
             - Nie mam pojęcia o czym mówisz.
             - Przestań kłamać! - głos Eduardo miał w sobie jeszcze więcej furii.
Widziała jak mięśnie w jego nogach napinają się gdy ruszył w jej stronę. W ułamku sekundy podjęła decyzję i rzuciła się w stronę swojej jedynej drogi ucieczki. Nie zdążyła przeskoczyć leżących na podłodze książek, czyjaś pięść dosięgnęła jej włosów. Ktoś rzucił nią o twardą klatkę piersiową. Nóż zatrzymał się tuż przed jej gardłem.
             - Powiedz kto Cię przysłał – czuła gorący oddech Eduardo na swoim policzku.
             - Nikt! - paliła ją skóra głowy. Próbowała wyrwać się z uścisku Eduardo ale trzymał ją mocno w miejscu.
             Czuła ostrze noża wbijające się w jej skórę. Cienka strużka krwi popłynęła po jej szyi.
             - Powiedz mi! - krzyknął jeszcze raz Eduardo.
             Weronika nie odpowiedziała. Zamknęła oczy i czekała na ból.
             W tym momencie w pokoju nagle zrobiło się głośno. Nagle otworzyły się dwuskrzydłowe drzwi. Do pokoju wpadło kilka dziewczyn śmiejąc się i trącając wzajemnie. Na ich czele był Willie Murphy, wyglądał jakby prowadził za sobą orkiestrę gdy pokazywał grupce gdzie mają iść. Absurdalnie, jednym z ryczących gości był Dick Casablancas z plastikowym kubkiem w dłoni. Muzyka przedarła się przez długi korytarz i zabrzmiała w bibliotece.
             - Tędy moi drodzy, tutaj mamy więcej szampana – Willie otworzył butelkę z głośnym hukiem. Grupa za nim krzyczała z radości.
            - Rico patrz kogo Ci znalazłem. Selena jest totalnie zainteresowana naszym planem z Taco Bell – Willie wskazał ciemnowłosą dziewczynę w różowym bikini.
            Eduardo rozluźnił trochę dłonie zaciśnięte na Weronice, schował nóż z widoku nowych gości. W sekundzie w której Eduardo ją uwolnił rzuciła się w stronę Dicka.
            - Dick kochanie, gdzie byłeś? Szukałam Cię wszędzie!
            Dick instynktownie próbował zrobić krok w tył ale Weronika zdążyła już go złapać, objęła ramionami jego szyję i przyciągnęła do siebie. Całowała go po całej twarzy i szyi, gdy zbliżyła swoje usta do jego ust widziała w jego błękitnych oczach przerażenie.
            Eduardo jednak w ogóle nie zwracał uwagi na nią i Dicka. Obserwował tylko i wyłącznie Williego.
            Weronika przesunęła wzrokiem po twarzy Williego. Oczy miał szeroko otwarte, ręce trzęsły mu się tak bardzo, że ledwo mógł nalać szampana do kolejnego kieliszka.
Wyglądał na prawie tak przerażonego jak była Weronika.
            Kilku ochroniarzy wpadło do biblioteki próbując nieudolnie zgarnąć całą gromadkę z powrotem do głównego holu. Dziewczyny zdążyły już zaczął się wspinać po antycznych krzesłach, ruszając biodrami w takt muzyki dobiegającej z głównej części dom. Nie wiadomo skąd w pokoju nagle pojawiła się dmuchana plażowa piłka wędrująca nad głowami zgromadzonych, odbijająca się od nich. Rico zdążył już zapomnieć o całej sytuacji i zaczął zagadywać zgromadzone nastolatki.
            Kolejny rodzaj hałasu przelał się przez pomieszczenie.
            - Uwaga, uwaga. Proszę o natychmiastową ewakuację posiadłości. To jest rozkaz. Powtarzam: to jest rozkaz.
            Dźwięk syren i megafonów. Policja.
            Rozpętało się piekło. Wszyscy zgromadzeni na imprezie zaczęli się przemieszczać, część z nich biegła prosto do drzwi wyjściowych, część stała w szoku i z niedowierzaniem na twarzach. Zdezorientowany Dick wypuścił Weronikę z objęć. Weronika widziała Eduardo wycofującego się z podniesionymi rękoma i rezygnacją wypisaną na twarzy. Rico zawył niezadowolony, że przerwano mu łatwy podryw.
            Dla odmiany Willie Murphy zareagował paniką godną człowieka ściganego przez pół życia. Pobiegł w stronę drzwi jak w szale. Ominął zwinnie jednego z policjantów tylko po to żeby znaleźć się w zasięgu kolejnego z mundurowych. Otoczony Willie zachowywał się jak zwierzę, oczy skakały mu w każdą stronę. Po chwili Weronika zobaczyła znajome światło paralizatora. Willie twardo uderzył o podłogę.
            Nagle w zasięgu wzroku Weroniki pojawił się Lamb. W ręku trzymał megafon. Jego głos boleśnie roznosił się po bibliotece, odbijając się echem od wypolerowanych mebli. Kilkoro z pozostałych studentów zatkało uszy próbując choć trochę uciec od przeszywającego dźwięku.
            - Opuśćcie ten pokój. Wychodźcie ludzie, to Wasze ostatnie ostrzeżenie zanim wpuścimy tu gaz łzawiący. Wychodźcie na przedni trawnik gdzie spotkacie naszych wspaniałych funkcjonariusz. Oni się Wami zajmą. No już.
            Kilka metrów dalej jeden z policjantów skuwał właśnie Williego w kajdanki.
            - Willie Murphy jesteś aresztowany. Masz prawo do zachowania milczenia. Jeśli zrezygnujesz z tego prawa, wszystko, co od tej pory powiesz, może zostać użyte w sądzie przeciwko Tobie. Masz prawo do adwokata i do jego obecności podczas przesłuchania. Jeśli nie stać się na prawnika, przysługuję Ci obrońca z urzędu. Rozumiesz co właśnie Ci powiedziałem?
            Lamb oderwał megafon od swoich ust, nachylił się by porozmawiać z Eduardo, który przytakiwał powoli na to co mówił do niego szeryf. Nagle Weronika poczuła złość wypełniającą ją po koniuszki palców. Oczy jej błyszczały z wściekłości. Lamb zmrużył oczy widząc, że Weronika go obserwuje.
            - Mars jak zwykle w centrum wydarzeń. Powinnaś poczekać na nas, zajęlibyśmy się tym sami.
            - Ten dupek przystawił mi nóż do gardła Lamb! Chcę wnieść oskarżenie - Weronika wyciągnęła palec wskazujący w stronę Eduardo.
            - Chodź Mars, to musiała być dla Ciebie szalona noc. Nie mów niczego czego mogłabyś później żałować - Lamb spojrzał przelotnie na Eduardo, po chwili położył dłoń na plecach Weroniki i po ojcowsku wyprowadził ją z pokoju.
            - Żartujesz sobie ze mnie? On mnie zaatakował! Chociaż raz zrób to co do Ciebie należy i go aresztuj! - strząsnęła jego dłoń ze swojego ramienia.
            Eduardo szybko przemierzył kilka dzielących ich metrów i podszedł do Lamba i Weroniki.
            - Szeryfie, zrobiłem dokładnie to co mówi ta dziewczyna. Powiedziałeś Mars? Przesadziłem, znalazłem ją w jednym z moich prywatnych pokoi, myślałem, że jest intruzem. Nie wiedziałem, że jest Twoją znajomą.
            Weronika otworzyła usta ze zdziwieniem, Lamb tylko uśmiechnął się głupawo.
            - Mówiłem Ci, żebyś nie chodziła po cudzych domach i węszyła, słonko. Do diabła! Wiesz, że mógłbym Cię teraz aresztować za wtargnięcie na prywatny teren? Wiesz o tym?
            - Nie ma takiej potrzeby – wtrącił się słodko Eduardo – to był zwykły przypadek.
            Weronika wpatrywała się w osłupieniu na Lamba i Eduardo. Stali teraz blisko siebie, rozmawiali przyciszonymi głosami o Williem Murphym. Willie Murphy rzucony prasie jak wilkom na pożarcie zdejmie media z pleców Lamba. Policja nie tylko nie zrobiła nic by go odnaleźć, udało im się też nie wkurzyć kartelu.
            Weronika odetchnęła, przełknęła porażkę. Emocje, strach – uderzyło ją to dość mocno. Zawiązało jej supeł wokół żołądka. Nie mówiła już nic więcej, pozwoliła odprowadzić się jednemu z policjantów przed dom, na świeże powietrze.

czwartek, 9 czerwca 2016

Rozdział osiemnasty


            Tego dnia temat imprezy był prosty: stroje bikini. Oczywiście tylko dla dziewczyn, chłopaków wpuszczano nie tylko w koszulkach polo ale też w luźnych bojówkach. Żeby wpuszczono kobietę: musiała pokazywać więcej ciała.
            Weronika poruszała się wolno z tłumem w stronę wejścia. Pod pachą ściskała plażową torbę, jakby od tego zależało jej życie. Ostatnimi czasy nie miała za dużo możliwości opalania się i była boleśnie świadoma swojej przeźroczystej skóry. Nadal jednak czuła na sobie wzrok osobników płci męskiej przemierzający każdy centymetr jej ciała ubranego tylko w różowe bikini.
            Przechodząc przez dom, próbowała wzrokiem znaleźć chociażby jasne dredy Williego Murphiego. Mac znalazła o nim kilka ciekawych informacji, Willi okazał się być drobnym przestępcą. Złapano go na publicznym odurzaniu się, posiadaniu narkotyków, zakłócaniu porządku i włamaniu. Odkąd skończył siedemnaście lat co jakiś czas wracał do więzienia za kolejne przewinienia. Najdłużej trzymali go przez pół roku za posiadanie narkotyków z zamiarem ich sprzedaży. Jego ostatnim znanym adresem zamieszkania była jakaś dziura niedaleko Camelot, ale wyeksmitowali go stamtąd w styczniu. Od tamtej pory nie pojawił się żaden adres pod którym można byłoby go zastać.
        Przez chwilę rozważała czy nie zadzwonić do Lamba ale zrezygnowała z tego pomysłu, podałaby mu swój nowy dowód jak na tacy. Lamb i tak nie chciałby wziąć udziału w poszukiwaniach Murphiego na imprezie. Raczej wypuściłby zdjęcie Williego do wszystkich stacji telewizyjnych i dał mu szansę na ucieczkę. Weronika nie mogła na to pozwolić. Chciała z nim porozmawiać zanim zorientuje się, że jest ścigany.
        Teraz po prostu musi go znaleźć.
        Posiadłość wypełniona była po brzegi ludźmi, w każdym kącie widać było półnagich nastolatków. Impreza tego dnia wydawała jej się dużo bardziej szalona niż poprzednia. Dla większości jej uczestników przerwa wiosenna zbliżała się ku końcowi, wydawali się dużo bardziej zdeterminowani by wybawić się za wszystkie czasy i udawać, że nicnierobienie i imprezowanie może trwać bez końca. Kłęby dymu unosiły się ponad tłumem, oprócz zwykłego tytoniu wyczuwała charakterystycznie słodką marihuanę i jeszcze jeden, ciężki i gryzący zapach. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to zapach metamfetaminy. Przypomniało jej się jak śledziła kiedyś mężczyznę zamieszanego w jedną z jej spraw, znalazła go w brudnym mieszkaniu z rurką w dłoni. W pokoju unosił się ten sam zapach.
            Przeciskała się dalej, czujnie wodząc wzrokiem po uczestnikach imprezy. Tłum półnagich chłopaków przecisnął się korytarzem tuż obok Weroniki, wykrzykując coś, ale nie miało to większego sensu. W kuchni grupka osób grała w rozbieranego pokera. Jeden z graczy zdążył stracić już koszulkę. Dziewczyna w jaskrawoniebieskim bikini siedziała mu na kolanach, na szyi zawieszony miała absurdalny jedwabny krawat. W pokoju muzycznym chłopak siedział na stoliku do kawy, kolega pomagał mu się ogarnąć z zamroczenia alkoholowego.
            Weronika wyszła na patio by zaczerpnąć świeżego powietrza. Zeszła schodami na parter gdzie znajdował się basen. Nigdzie nie widziała Williego, ani kuzynów Gutiérrez. Wyciągała szyję przeszukując wzrokiem basen i jacuzzi, przez chwilę nie zwracała uwagi gdzie idzie i weszła na kogoś.
            - Ała!
            - O mój Boże, przepraszam… - słowa uwięzły jej w gardle. W krótkich spodenkach i z hawajskimi kwiatami na szyi, stał przed nią w pełnej krasie Dick Casablancas.
            Zajęło mu chwilę zanim się odezwał:
            - Hej Ronnie, wiesz? Tutaj bym się Ciebie nigdy nie spodziewał…
            Dziewczyny z którymi siedział Dick zaczęły przyglądać się Weronice z zainteresowaniem. Weronikę zamurowało, w duchu modliła się, żeby Dick nie powiedział niczego głupiego.
            Weronika znała się z Casablancasem od liceum, przez jakiś czas po tym gdy jej ojciec popadł w niełaskę, Dick był jednym z jej największych wrogów i niszczycieli spokoju. Po tym jak zaczęła spotykać się z Loganem, który był najlepszym przyjacielem Dicka, chłopak trochę zszedł z tonu. Po jakimś czasie wytworzył się między nimi pewnego rodzaju pokój, ale Weronika nie była pewna, czy mogłaby go nazwać swoim przyjacielem. Dick był bogaty i beztroski a jego uczuciowość oscylowała gdzieś w okolicach uczuć jakie posiada beton. Jedyne czym przejmował się Dick był surfing, picie i pieprzenie się.
            Innymi słowy, Weronika nie powinna być aż tak zdziwiona, że spotkała go na imprezie organizowanej dla nastolatków przez kartel i to niecały kilometr od jego domu. - Cześć – w końcu wydusiła z siebie cienkim i przerysowanym głosem – czy ta impreza nie jest po prostu wspaniaaaała?
            Dick spojrzał na Weronikę zmieszany jej reakcją.      - Hm, tak? Właśnie dlatego jestem trochę zdziwiony spotykając tutaj Ciebie – przekrzywił głowę.
            - Chodziliśmy razem do liceum. Wy musiałyście być wtedy w hm… nie wiem? Piątej klasie? Wow – powiedział to do otaczających go dziewczyn.  
            Weronika zerknęła na nastolatki, kilka z nich wpatrywało się w nią wściekłym wzrokiem zaznaczając swój teren.
            - Jakby nie było Ronnie, witaj na prywatnej imprezie – szeroko rozłożył ramiona w zapraszającym geście – ja nie jestem aż tak prywatny, jeśli wiesz co mam na myśli – mówił to niby do Weroniki ale nachylił się w stronę jednej z nastolatek. Dziewczyna zachichotała.
            Niewiele myśląc Weronika chwyciła go za ramię i odciągnęła od wianuszka jego wielbicielek. Posłała szybki fałszywy uśmiech w stronę dziewczyn i znowu odwróciła się w stronę Dicka.
            - Wohooo, spokojnie. Wiem, że Logana nie ma już od kilku tygodni ale nie pomogę Ci w tym względzie bez względu na to jak długo go nie będzie – uśmiechnął się głupawo – przyjaciele są dla mnie ważniejsi niż laski. Rozumiesz?
            - Oh zamknij się Dick – rozkazała mu nadal uśmiechając się fałszywie.
            - Jestem w pracy – dodała przez zaciśnięte zęby.
            - Ładny uniform – odparł Dick, Weronika uderzyła go w ramię, żeby się zamknął.
            Z daleka mogło to wyglądać na przekomarzanie się. Dick złapał się teatralnie za ramię i rozmasowywał miejsce w które uderzyła go Weronika.
            - O co Ci chodzi psychopatko? – zapytał ze szczerym rozżaleniem.
            - Posłuchaj! Przez chwilę siedź cicho i daj mi mówić – Weronika mówiła spokojnie jednocześnie przesuwając się coraz dalej od gapiów. Po ich lewej stronie widać było plażę i gwiazdy na niebie mieszające się z czernią oceanu. Gdy weszli w większy cień Weronika sięgnęła do swojej plażowej torby i wyciągnęła telefon.
            - Potrzebuję Twojej pomocy. Widziałeś dzisiaj tego kolesia? – odblokowała ekran telefonu i pokazała go Dickowi. Dick spojrzał z uwagą na zdjęcie, po chwili odpowiedział marszcząc brwi:
            - Ten koleś? Pewnie, że go widziałem. Zawsze kręci się w pobliżu Rico i Eduard.
            - Znasz kuzynów Gutiérrez? - Weronika zamrugała zdziwiona.
            - Tak, poniekąd. Grałem trochę w squasha z Eduardo. Koleś zupełnie nie umie przegrywać, więc przestałem z nim grać – wzruszył ramionami.
            - Ma strasznie wybuchowy temperament. Ostatnim razem gdy z nim wygrałem roztrzaskał swoją rakietę wartą ponad 200 dolarów. Co nie zmienia faktu, że zna się na organizowaniu imprez.
            - Więc Willie Murphy jest jego przyjacielem?
            - Przyjacielem? - Dick prychnął – nie sądzę, wydaje się bardziej chłopcem na posyłki czy czymś takim. Zbiera chętnych na imprezy i tak dalej.
            Weronika zamilkła na chwilę próbując przetworzyć wszystkie informacje. Co jeśli Willie po prostu pracował dla kuzynów Gutiérrez? Co jeśli pozbył się Hayley i Aurory na ich rozkaz? A później próbując zarobić na swojej zbrodni sprzedał naszyjnik Hayley. Nie do końca przebiegłe myślenie ale znowu nie byłby pierwszym mordercą, któremu brakowało trochę inteligencji.
            - Widziałeś go tutaj dzisiaj? – Weronika zapytała Dicka po chwili ciszy.
            - Pewnie – Dick wskazał na taras – siedział gdzieś tam.
            Weronika spojrzała w górę i zobaczyła bezkształtną postać w za dużych spodniach. Jego dready w kolorze ciemnego blondu skakały wokół ramion gdy przechodził przez drzwi prowadzące z tarasu do domu.
            Weronika w końcu puściła ramię Dicka, który ponownie rozmasował miejsce w którym go ścisnęła.
            - Dzięki Dick, muszę uciekać – odeszła od niego kilka kroków po czym odwróciła się i powiedziała: wiesz co Dick?  
            - Tak? – prychnął.
            - Jeśli ktokolwiek się Ciebie zapyta, mam na imię Amber.
            - Skoro tak twierdzisz Rons - Dick zamrugał zdziwiony po czym wzruszył ramionami.
            Weronika odwróciła się ponownie i wspięła się po schodach tak szybko jak pozwalało jej na to jej bikini i wysoki szpilki. Zanim zdążyła dotrzeć do drzwi, Willie zniknął w otchłani domu.
Weronika szukała go w kuchni gdzie gra w rozbieranego pokera szybko przybrała na silę. Chłopak, który jeszcze przed chwilą siedział tylko bez koszulki, teraz miał na sobie jedynie skarpetkę i bokserki. Dziewczyna w krawatem trzymała w zębach papierosa.
            - Widzieliście kolesia w blond dreadach? Przechodził tędy? Gdzie poszedł?
            Dziewczyna wskazała na korytarz prowadzący na front domu.  
            Weronika ponownie przeciskała się przez korytarz i tłum ludzi. Tuż przy drzwiach wyjściowych grupka dzieciaków krzyczała bez składu rzucając się na siebie i próbując zrobić ludzką wieżę. 
            Weronika przez swój niski wzrost nie widziała właściwie nic. W pewnym momencie między ludźmi pojawiła się biała czupryna. Willie wspinał się po schodach na pierwsze piętro.
Zanim Weronice udało się dotrzeć na górę, chłopak znikał za podwójnymi, szerokimi drzwiami na końcu korytarza.
            Gdy w końcu udało jej się dotrzeć pod drzwi, były już zamknięte na klucz. Weronika złączyła usta zastanawiając się co zrobić w takiej sytuacji. Korytarz wypełniony był po brzegi ludźmi ale nikt nie wydawał się być nią zainteresowany, nie chciała, żeby sytuacja się zmieniła. Szczególnie nie Ci faceci – pomyślała patrząc na mężczyzn z poważnym wyrazem twarzy i podejrzanymi wybrzuszeniami pod marynarkami. Kolejni ochroniarze na wypadek gdyby impreza wymknęła się spod kontroli.
            Weronika postanowiła zejść schodami udając pijaną. Na twarzy przykleiła sobie lekko nieprzytomny uśmiech. Zatrzymała się w połowie piętra udając, że próbuje złapać równowagę. Miała tylko jedną szansę na to, żeby jej plan się powiódł i to dosyć naciągany plan. Musiała bardzo starannie wybrać swój cel.
            Zanim dotarło do niej, że ten plan jest ryzykowny specjalnie wpadła na barczystego chłopaka w koszulce zespołu footbolowego z Uniwersytetu Waszyngton.  
            Różnica postur między nimi była aż rażąca. Weronika ledwie sięgała mu do pachy, ale specjalnie wpadając na niego całą swoją siłę skierowała na jego środek ciężkości, żeby nim zachwiać. Zwróciła na siebie jego uwagę, chłopak natychmiast odwrócił się by zobaczyć kto na niego wpadł. Weronika mogła przysiąc, że widziała dym wściekłości wychodzący mu sapkami.
            Jedną z wielu umiejętności Weroniki był płacz na zawołanie. Warga jej zadrżała jakby miała się rozpłakać.
            - On mnie chciał zrzucić ze schodów - szybko wskazała na równie barczystego chłopaka w kucyku, którego koszula ledwie mieściła jego mięśnie.
            Oczy pierwszego mięśniaka zwęziły się we wściekłości, pomógł Weronice wstać i natychmiast ruszył w stronę mięśniaka numer dwa wykrzykując wiązanki przekleństw.
            Muzyka była tak głośna, że Weronika nie była w stanie powiedzieć co właściwie do siebie krzyczeli. Jasne jednak było, że bójka wisi w powietrzu. Obaj zaczęli się popychać aż w końcu zaczęli regularnie się bić.
            Sytuacja rozwinęła się w ciągu kilku sekund. Wszyscy przesunęli się pod ściany korytarza próbując desperacko odsunąć się od epicentrum wydarzeń ale nadal obserwować co się dzieje. Ludzie zaczęli schodzić się z innych pomieszczeń, żeby popatrzeć na walkę dwóch osiłków. Okazało się, że footbolista potrafił nieźle znosić ciosy ale chłopak w kucyku musiał trenować jakieś sporty walki. Jego noga znalazła się tuż na kolanem footbolisty i po chwili obaj leżali na podłodze okładając się raz po razie. Muzyka pomieszała się z piskami i aplauzem zgromadzonego tłumu.
            Weronika prawie usłyszała tupot pięciu ochroniarzy biegnących by rozwiązać sytuację. Już po chwili próbowali rozluźnić tłum i przesunąć gapiów poza korytarz, jednocześnie starając się rozdzielić dwóch walczących ze sobą osiłków. Weronika nie została by popatrzeć, który z nich wygrał.
            Jej nadzieje zostały spełnione, korytarz nad bijącymi się chłopakami opustoszał. Z niektórych pokoi dochodziły ją oczywiste odgłosy ludzi uprawiających seks. Drzwi przez które przeszedł Willie były jednak niestrzeżone. Przycisnęła ucho do jednego ze skrzydeł i zapukała. Gdy była pewna, że nikogo nie ma po drugiej stronie, wyciągnęła z portfela wsuwkę do włosów którą zawsze tam trzymała na takie okazje i zaczęła rozpracowywać zamek.
            Wewnętrzne zamki były zwykle łatwiejsze do otworzenia. Czuła końcówkę zamka przekręcającego się po drugiej stronie drzwi. Po chwili drzwi otworzyły się do wewnątrz pomieszczenia, Weronika weszła i zamknęła je za sobą.
            Stała na początku kolejnego długiego korytarza. Ściany pokryte były ciemną drewnianą boazerią, niektóre fragmenty pomalowano na pawioniebieski kolor. Na stoliku stał wazon jak z obrazów Picasso, wstawiono do niego niesamowitą ilość białych i żółtych róż. Z któregoś z kolejnych pokoi dochodziła ją niska pulsująca muzyka. Zamarła na chwilę próbując skoncentrować się na tym gdzie konkretnie było słychać dźwięki. Nie była w stanie tego stwierdzić.
            Niektóre z pomieszczeń usytuowanych na całej długości korytarza były otwarte na oścież. Poruszając się najciszej jak mogła, zaczęła rozglądać się po tej części domu.
Pierwsze drzwi prowadziły do łazienki wypełnionej błyszczącymi zielonymi powierzchniami. Półki pod zlewem były puste, ale w szafeczce za lustrem znalazła niezły wybór pojemników wypełnionych tabletkami. Dilaudid, Percocet, Oxy i kilka innych, których nie rozpoznała. Oprócz tego znalazła małe pudełeczko pełne białego proszku. Ostrożnie odłożyła wszystko na miejsce i zamknęła drzwiczki.
            Kolejne drzwi prowadziły do małego pokoju, który spokojnie mógłby znaleźć się w posiadłości Playboy’a. Ogromne okrągłe łóżko wypełniało właściwie cały pokój. Czerwone i zielone neonowe światło skakało po ścianach tworząc abstrakcyjne wzory. Pod jedną ze ścian stał mały barek. Przeszła przez drzwi prowadzącego do przyległego pomieszczenia i znalazła w nim ogromną wannę z Jazuzzi wypełnioną po brzegi ciepłą wodą.
            Przez kolejne ogromne drzwi widać było okrągłą bibliotekę na piętrze poniżej. Wbudowane drewniane półki pełne książek, wypełniały całe pomieszczenia. Książki wydawały się być naprawdę wartościowe. Widziała Arystotelesa, Erasmusa, Machiavelliego. Ktoś miał klasyczny gust. Lub miał wystarczająco dużo pieniędzy by móc udawać, że ma taki a nie inny gust. W pomieszczeniu znajdował się też kominek wykonany z niesamowitego kamienia, wszystkie inne meble wykonane były z ciemnego błyszczącego drewna.
            Przemieszczała się szybko ale cicho, szpilki trzymała w jednej dłoni, żeby wydawać jak najmniej dźwięków. Nie zorientowała się skąd płynie muzyka dopóki nie minęła rogu korytarza. Zza połowicznie otwartych drzwi wyraźnie słyszała pulsujący rytm. Krew dudniła w ciele Weroniki, pulsowała w głowie zupełnie nie w rytm basów. Wstrzymała na chwilę oddech i podeszła najciszej jak umiała do drzwi, które prowadziły do swego rodzaju legowiska, kryjówki. Na ścianach wisiały obramowane plakaty filmowe.
Naprzeciwko dużego, wiszącego na ścianie telewizora stała jeszcze większa kanapa. Dwóch mężczyzn siedziało na niej grając w jakąś grę. Byli odwróceni plecami do Weroniki. Jeden z nich miał krótkie, ciemne włosy. Drugi miał na głowie busz blond dreadów.
Ciemnowłosy mężczyzna pochylił się na moment. Zapach marihuany wypełnił całe pomieszczenie. Słyszała ten charakterystyczny dźwięk zaciągnięcia się.
            - Nie narzekam serio - powiedział to Willie Murphy. Mówił szybko, urywając końcówki słów jakby się śpieszył. Nie odwracał wzroku od ekranu telewizora z
dużą uwagą grając w grę i zabijając wyimaginowanych przeciwników.
            - Jesteście dla mnie jak rodzina, wiesz to, prawda? Mam na myśli, że o cokolwiek mnie poprosicie, cokolwiek będziecie chcieli żebym dla Was zrobił. Zrobię to.
Obserwowała jak Rico Gutierrez Ortega oparł się plecami o kanapę i głośno wypuścił powietrze.
            - Czy ktoś Ci kiedyś mówił, że za dużo paplesz? - odezwał się po chwili do Williego.
Serce dudniło Weronice w gardle, wycofała się cicho zza drzwi pomieszczenia. Trzęsącymi się dłońmi wyjęła telefon, zakrywając i wyciszając głośnik zbielałymi palcami wybrała numer do Szeryfa Lamba.
            Usłyszała sygnał już sześć razy. Ze zdenerwowania ścisnęła telefon jeszcze mocniej. Zastanawiała się czy Lamb specjalnie nie odbierał połączenia od niej widząc kto dzwoni. Nie chciała po prostu zadzwonić na policję, nie miała tak naprawdę czego zgłosić. Za długo zajęłoby jej przekonywanie dyspozytora, że jej telefon ma związek z zaginionymi dziewczynami. Miała się już poddać gdy Lamb nagle odebrał:
            - Co jest? - ton głosu miał lekceważący.
            Weronika zamknęła oczy dziękując czemukolwiek co skłoniło Lamba do odebrania jej telefonu.
            - Lamb, z tej strony Weronika Mars. Dzisiejszego popołudnia natknęłam się na pewien trop. Znalazłam nagranie z kamery na którym widać podejrzanego sprzedającego w lombardzie biżuterię Hayley Dewalt dwa dni po jej zaginięciu. Nazywa się William Murphy - Mac może przekazać Ci więcej szczegółów. Ja jestem teraz w posiadłości kuzynów Gutierrez na Manzanita Road. William jest tutaj w jednym z ukrytych pokoi, gra w gry wideo z Federico.
               Przez chwilę słyszała po drugiej stronie słuchawki tylko głuchą ciszę. Z kryjówki Williama nadal wydobywały się dźwięki gry. Obaj mężczyźni zaśmiali się głośno. Weronika czekała na odpowiedź Lamba.
            - Więc chcesz żebym włamał się do prywatnej posiadłości bez nakazu tylko dlatego, że ktoś mógł, lub nie, ukraść naszyjnik? Oszalałaś Mars.
Weronika ścisnęła telefon jeszcze mocniej.
            - Trwa tutaj, pod nami, ogromna impreza. Naliczyłam co najmniej 50 różnych złamanych paragrafów. Masz więcej powodów żeby tu wejść niż potrzebujesz.
            - Skąd Ty w ogóle wiesz, że to naszyjnik Hayley? Jak ty…
            - Lamb, to jest Twoja szansa - Weronika przerwała mu i wysyczała wściekle odpowiedź - jestem w stanie udowodnić, że to właśnie William Murphy miał w swoim posiadaniu naszyjnik zaginionej dziewczyny. Chcesz żeby ta szansa prześlizgnęła Ci się przez palce? Czy chcesz być tym super bohaterem, który łapie złych przestępców? Nie wiem jak długo on tutaj będzie. Musisz się pośpieszyć.
            Lamb milczał.
            - Dobra, trzymaj na nim oko. Zbieram się - odpowiedział po chwili i się rozłączył.
Weronika znowu przeszła za róg korytarza. Willie cały czas mówił do Frederico.
            - Masz czasami wrażenie, że ziemia kontaktuje się z obcymi? Może jesteśmy dla nich tylko wielkim rezerwatem którym się bawią i opiekują? Może po prostu co jakiś czas przylatują i sprawdzają co u nas, czy mamy wystarczająco dużo jedzenia, czy się nie wybijamy na wzajem? Widziałem program na Discovery o ludziach, którzy twierdzą, że byli porwani i przetrzymywani przez obcych. Może dla nich anal jest swego rodzaju marką? Znaczą tak ludzi jako swoich?
Rico zaśmiał się gardłowo. Jeden z żołnierzy na ekranie eksplodował i zniknął pod krwawą kurtyną. Połowa ekranu zaczerniła się i pojawił się ogromny czerwony napis "Gra skończona". Żaden z nich nie odłożył kontrolera do gry, obaj wydawali się myśleć, że to oni wygrali a siedzący obok przegrał
            Minęła dłuższa chwila, Weronika nadal stała pod drzwiami obserwując ich zachowanie. Miała nadzieję, że będą kontynuować swoją paplaninię i w końcu powiedzą coś o zaginionych dziewczynach. Lada moment spodziewała się też usłyszeć policyjne syreny. Willie i Rico nadal z zaangażowaniem grali przyciskając z prędkością światła guziki na padach i pokrzykując do siebie wzajemnie.
            - Zmiotłem Cię z powierzchni ziemi dzieciaku! - wydarł się nagle Rico.
            - Pad mi nie działał. Zaciął się czy coś - odpowiedział mu Willie.
            - Jasne, jasne - na ekranie widać było kolejny wybuch - kurde chłopie, ciągle myślę o tej Portorykance w różowym bikini.
            - Tej z ogromnymi balonami?
            - Nie, tej z kolczykiem w pępku. Słodki kociak.
Willie zaczął się śmiać tak bardzo, że śmiech przerodził się w kasłanie.
            - Człowieku, nazwała Cię kretynem. Nie sądzę, żebyś podobał się jej aż tak. Poza tym jest tutaj z jakimś tuzinem koleżanek, nie ma szans, żebyśmy dorwali ją samą.
            - Nie. Zrobimy po prostu inaczej. Pójdziemy do garażu po ferrari. Wyjedziemy nim na patio z głośno włączoną muzyką. Laski będą się do nas lepić jak pszczoły do miodu - Rico podniósł z tryumfem swój pad - a potem weźmiemy je do Taco Bell.
            - Taco Bell? Tam przecież śmierdzi żarciem. Dlaczego chciałbyś je wziąć akurat do Taco Bell?
            - Lubię ich jedzenie - Rico wzruszył ramionami.
            - No tak, faktycznie jest pyszne - Willie się rozmarzył.
            Rico chciał podnieść się z kanapy ale nie udało mu się i upadł z powrotem śmiejąc się.
            O kurde, zaraz się przemieszczą - pomyślała Weronika.
            Willie zaczął pomagać Rico wstać z kanapy. Niezbyt szybko czy sprawnie ale bez żadnych wątpliwości, zaczęli się przemieszczać. Weronika musiała zacząć się zbierać.

            Zrobiła kilka kroków w tył, odwróciła się w stronę z której przyszła. Miała jeszcze chwilę na schowanie się w jednym z pustych pokoi. Ominęła róg i popchnęła drzwi do biblioteki i… weszła prosto na Eduardo.