Veronica Mars: The Thousand-Dollar Tan Line
/// polskie tłumaczenie ///


czwartek, 21 lipca 2016

Rozdział dwudziesty czwarty



            W biurze Szeryfa wrzało jak w ulu gdy Weronika dotarła tam w niedzielny poranek. Reporterzy stali na parkingu przed budynkiem czekając na chociażby skrawek nowych informacji. Dostrzegła Martinę Vasques zaciągającą się szybko papierosem sekundy przed wejściem na wizję.

            Weronika chciała porozmawiać z Williem Murphy. Wiedziała, że to nie będzie łatwe. Teraz gdy Lamb miał go w swoim areszcie, perfekcyjnego oskarżonego, nie będzie chciał pozwolić nikomu na dokładniejsze przyjrzenie się sprawie. Weronika wiedziała, że musi spróbować. Jeśli nie podejmie próby, jej źródło informacji o kuzynach Guiterrez wyschnie bezpowrotnie.
            - Chciałaby Pani podzielić się swoją opinią na temat pracy szeryfa Lamba nad sprawą Dewalt-Scott? – mężczyzna o wyglądzie lalki Kena podstawił Weronice mikrofon pod brodę. Weronika odskoczyła zdegustowana.      
            - Nie dziękuję – powiedziała krótko.
            Ominęła go i ruszyła w stronę drzwi wejściowych do komisariatu. W tej samej chwili wpadła na kogoś kto wyłonił się zza dziennikarza.
            Tą osobą okazał się być Crane Dewalt, był dziwnie blady i słaniał się na nogach. Za nim stała cała jego rodzina i piąta osoba, której Weronika wcześniej nie widziała. Niski, ale dobrze zbudowany mężczyzna.
            - Dzień dobry Państwu, Elle – zwróciła się do rodziny – jak się trzymacie?
            - Tak jak można się tego spodziewać. Chyba – matka Hayley wystąpiła przed szereg i złapała Weronikę za dłoń.
            - Pojawiły się jakieś nowe informacje o Hayley? – zapytała Weronika.
            - Nie odpowiadaj na to pytanie – odezwał się nieznany mężczyzna.
            Weronika odwróciła się w jego stronę skonsternowana.
            - Bez urazy – dodał widząc jej spojrzenie – po prostu chcemy mieć wszystkie informacje pod jak największą kontrolą. 
            Mężczyzna miał na sobie zapinaną na guziki koszulę i dopasowane materiałowe spodnie. Nie miał ani marynarki, ani krawatu. Włosy na czubku głowy zaczęły mu się przerzedzać, pozostałe jednak były gęste, kręcone i przydługie. Grube szkła okularów korekcyjnych nadawały jego twarzy wyrazu permanentnego zaskoczenia. Z jego stroju i aparycji nie dało się wywnioskować nic więcej oprócz tego, że wyglądał jak nauczyciel.
            - Weroniko, Miles Oxman - Pani Dewalt wskazała dłonią mężczyznę.      
            - Jestem prywatnym konsultantem do spraw bezpieczeństwa – dodał.
            Nie wiadomo skąd wyciągnął nagle wizytówkę i podał ją Weronice. W prawym górnym rogu kartonika widniała nazwa jego firmy „GULL I WSPÓLNICY”. Weronika schowała ją do torebki.  
            - Pan Oxman pomaga nam uporządkować wszystkie informacje odnośnie okupu – wyjaśniła Pani Dewalt.
            - Nie chcemy popełnić żadnych błędów.
            - Więc przesłuchiwał Pan dzisiaj Murphy’ego? – Weronika poprawiła nieświadomie torebkę na ramieniu.
            - W tym momencie nie jestem zainteresowany tym kto porwał Hayley, jestem tu by upewnić się, że przejęcie okupu pójdzie najsprawniej jak się da i Hayley bezpiecznie wróci do domu – usta Oxmana poszerzyły się w szczerym uśmiechu.   
            - Nie możemy siedzieć bezczynnie, mając nadzieję, że ktoś ją znajdzie. Jedyne co możemy zrobić to słuchać instrukcji porywaczy i odzyskać naszą córkę – Pan Dewalt w końcu się odezwał.
            - Mike – wyszeptała Pani Dewalt bez przekonania.
            - W porządku Pani Dewalt, nie pierwszy raz ktoś powiedział dokładnie to co sama sądzę – Weronika spojrzała w stronę Oxmana – Co z rodziną Scott? Z nimi też pracujesz?
            - Rozmawialiśmy z nimi o tym. Myśleliśmy, że będzie dla wszystkich łatwiej i bezpieczniej dzięki dodatkowej osobie do pomocy. Ale nie byli zainteresowani. Powiedzieli, że mają swojego eksperta – odpowiedział jej Mike Dewalt.
            - Powiedzieli z kim pracują? – Oxman zapytał bujając się z pięt na palce.
            - Hmm, Grupa Meridian? Jakiś Lee Jackson?
            - Tak, oni są dobrzy. My też zapracujemy na swoją reputację – Oxman zdawał się być niewzruszony konkurencją – Bardzo dobrze.
            Nagle usłyszeli szloch, wszyscy odwrócili się w stronę reportera, którego przed chwilą omijała Weronika. Ella stała przed jego mikrofonem, ramiona miała oplecione wokół swojej talii.
            - Chciałabyś coś przekazać swojej siostrze? Albo jej porywaczom? Jak Ty się czujesz, Ella? Boisz się? – reporter wyrzucał z siebie pytania, jego ton był bliski groźbie.
            Wszystko co nastąpiło chwilę później, wydarzyło się zbyt szybko by ktokolwiek mógł zareagować. Crane wyrwał mikrofon z ręki reportera i rzucił na ziemie. Dosłownie w tej samej chwili wziął zamach a jego pięść wylądowała na twarzy dziennikarza. Mężczyznę odrzuciło do tyłu, na stojącego za nim operatora kamery. Słychać było czyjś krzyk dochodzący z parkingu, w jednej chwili zrobił się zamęt. Coraz więcej osób zainteresowało się incydentem, z posterunku wybiegało już czterech policjantów. Lamb szedł dostojnie za nimi. Dostrzegł możliwość wystąpienia przed kamerami. Założył lustrzane okulary, na pewno przypadkiem miał je pod ręką gdy usłyszał szarpaninę.  
            - Odwal się od mojej siostry – krzyknął Crane, pięści miał zaciśnięte do granic możliwości. Ręce jednak trzymał przy sobie.
            Tuż za nim Ella płakała cicho, po jej policzkach płynęły łzy. Pani Dewalt pobiegła w jej stronę, przyciągnęła ją do siebie i zamknęła w szczelnym uścisku. Reporter leżał na ziemi, na jego twarzy widać było zdziwienie. Jeden z policjantów dotknął ramienia Crane’a.
            Pozostali dziennikarze przybiegli na miejsce zdarzenie. Jak sępy wyczuwające krew, wszystkie kamery nagrywały. Jeden z policjantów pomógł usiąść, nadal leżącemu na ziemi, reporterowi.
            - Będziemy musieli porozmawiać w środku - Lamb stanął naprzeciwko Crane’a i wskazał na komisariat.
            - Teraz ruszyłeś dupę, co? – Crane wciągnął powietrze nosem.      
            Żyły na jego czole wyszły na wierzch jeszcze bardziej niż zwykle. Wyglądał jak Hulk. Stał nieruchomo, z ramionami wygiętymi do tyłu, gotowy na kolejną rundę.
            - W końcu odkryłem jak zmotywować do podniesienia się ze stołka – dodał po chwili.      
            Jeden z policjantów kucnął by ocenić stan dziennikarza, siedzącego kilka kroków od Crane’a i Lamba. Drugi z mundurowych rozmawiał z Ellą i jej matką, delikatnie kierując je w stronę szklanych drzwi prowadzących do komendy.
            Crane nadal wciągał i wypuszczał agresywnie powietrze z płuc. Przez jeden, wspaniały moment Weronika myślała, że uderzy również Lamba. Crane jednak się rozluźnił, opadł z sił, jakby coś do niego dotarło. Podniósł ręce do twarzy, wyglądał na zrezygnowanego. Kolejny z funkcjonariuszy dotknął jego ramienia i również poprowadził go w stronę szklanych drzwi. Lamb tylko obserwował całą sytuację.
            - Wszystko pod kontrolą – odezwał się w końcu, kierując swoje słowa w stronę zgromadzonego tłumu.
            - Wszystko w porządku Langston? Weźmiemy Cię do środka żeby spisać zeznania - teatralnym gestem zdjął okulary z nosa i schylił się do dziennikarza.
            Lamb poczekał chwilę i upewnił się, że wszystkie kamery go nagrały, zanim odwrócił się i również ruszył w stronę drzwi. Odwracając się zobaczył Weronikę.
            - Co Ty tu robisz? – zmrużył oczy.
            Weronika miała tysiące przemądrzałych odpowiedzi na końcu języka, ale chociaż raz się powstrzymała. Zmusiła się do uśmiechu i bycia „grzeczną”.
            - Miałam nadzieję, że uda mi się zadać parę pytań Williemu Muphy’emu…
            Nie zdążyła do kończyć zdania, Lamb zdążył już kiwać głową na „nie”.
            - Zapomnij, Mars. Nawet jeśli chciałbym Cię do niego dopuścić, czego oczywiście nie mam ochoty robić, Murphy nie przyjmuje żadnych wizyt. Nie sądzę też, że chciałby w ogóle z tobą rozmawiać. Nie oskarża się człowieka o porwanie i morderstwo tylko po to, żeby następnego dnia chcieć mu zadawać pytania.
            - Ja nie… Okey. W jego zeznaniach jest tyle dziur i nieścisłości, to nie ma sensu. Nie będę Ci nawet tłumaczyć o co mi chodzi – spojrzała na Lamba ozięble.
            Mogłam rzucić mu jedną z moich odzywek, miałabym chociaż satysfakcję.
            - Jeśli pozwolisz, Mars… Idę do środka porozmawiać z Panem Dewaltem o jego zachowaniu – uśmiechnął się nieszczerze do Weroniki, odwrócił się też w stronę Oxmana i kiwnął do niego głową na przywitanie.
            - Muszą go oskarżyć, nie mogą pozwolić na jego zwolnienie – Oxman odezwał się chcąc rozpocząć rozmowę. Ziewnął, otworzył usta tak szeroko, że było widać wszystkie jego pożółkłe od kawy zęby.
            - Nadal pracujesz nad tą sprawą? – zapytał się Weroniki gdy Lamb zniknął z pola widzenia.
            - Tak, dopóki nie dowiem się co się stało z Aurorą i Hayley.
            Oxman poprawił kołnierzyk od koszuli. Weronika zwróciła uwagę na plamy potu pod jego pachami.
            - Najlepszą rzeczą jaką możesz zrobić dla tych dziewczyn to po prostu się wycofać. Pozwól nam robić swoje – Oxman zniżył głos i kontynuował – Kartele nie bawią się w gierki. Uwierz mi – zajmuję się tym od ponad dekady.
            - Więc uważasz, że Milenios je mają?
            - Tego nie powiedziałam – Oxman jakby w panice oderwał wzrok od Weroniki i rozejrzał się przestraszony po parkingu.   
            Weronika zamrugała zdziwiona. Wydawało jej się, że spanikował przez wypowiedziane na głos „Milenios”.
            - Nie wiem kto porwał Hayley Dewalt i szczerze mówiąc, nie chcę wiedzieć. Ale powiem Ci coś. Trzy godziny temu Murphy zrezygnował ze swojego adwokata z urzędu. Teraz reprezentują go Schultz i Wspólnicy.
            - Schultz? Przecież to ogromna firma. I droga – Weronika zdziwiła się podnosząc głos – jak do diabła Willie Murphy jest w stanie ich opłacić?
            - Dokładnie – Oxman wykonał tryumfalny gest z palcem wskazującym wycelowanym w niebo.
            Może Weevil ostatecznie się mylił. Schultz i Wspólnicy są firmą z wyższej półki. Nawet jeśli miało się pieniądze – nie łatwo było zdobyć ich pomoc. Trzeba było mieć kontakty, być kimś ważnym. Willie Murphy nie miał nawet własnego kąta, który mógłby nazwać swoim domem. Ktoś chciał go chronić, zatuszować morderstwo i porwanie – a może coś jeszcze?
            - Nie mogę Ci powiedzieć co masz robić a czego nie. Ale dzieciaku, uważaj na siebie – Oxman pogładził się po nosie – jeden z moich kolegów dał się podejść w Oaxace w zeszłym roku. Zniknął bez śladu pracując nad sprawą. Oni nie mają problemu z pozbywaniem się takich jak my. Zrobią wszystko, żeby mieć spokój. A Ty zrób nam wszystkim przysługę i nie wyciągaj za dużo gówna zanim dziewczyny nie wrócą do domów.
            Oxman ruszył w stronę parkingu. W tym momencie Weronika doznała olśnienia.
            - Hej, pamiętasz może nazwisko tego adwokata z urzędu, którego Willie zwolnił? – krzyknęła jeszcze w stronę Oxmana.
            - Nie przypomnę sobie. Ale z tego co wiem to jakaś tania, lokalna papuga. McCoś – wzruszył ramionami.
            Na twarzy Weroniki pojawił się uśmiech. Bingo.

czwartek, 14 lipca 2016

Rozdział dwudziesty trzeci


Weronika nie mogła powstrzymać drżenia dłoni. Trzymała rewolwer prosto przed sobą oddychając powoli i głęboko, metaliczny zapach drażnił jej nozdrza. Próbowała rozluźnić ramiona. Potem pociągnęła za spust.
Było wczesne, sobotnie popołudnie. Przeszła samą siebie, wyślizgując się za drzwi kiedy usłyszała jak jej tata odpala kosiarkę na podwórku. Nie chciała, żeby widział ją skradającą się do kuchni niczym złodziej i biorącą broń, z miejsca w którym oboje ją zostawiali.
Wiedziała, że postępuje głupio. Keith był dobrym strzelcem, to on powinien ją uczyć. Ale z pewnych względów wolała zrobić to sama. Może dlatego, że nie chciała przyznać się do błędu po ich ostatniej kłótni, chociaż wcale nie próbował jej tego wypominać. Bardziej prawdopodobne było to, że nie chciała by zobaczył jej strach, kiedy trzymała narzędzie służące do ranienia ludzi. Do zabijania. Nie chciała, żeby wiedział jak myśl o użyciu go, przyprawia ją o mdłości. Wiedziała, że uzna to za słabość, znak, że nie jest gotowa do pracy detektywa. Dlatego spędziła ranek na googlowaniu jak naładować broń i jak z niej strzelać. Znalazła video bloga, na którym wesoły ex-policjany z Florydy udzielał instrukcji krok po kroku. Gliniarz za każdym razem trafiał prosto w głowę przeciwnika.
Weronika po raz kolejny wycelowała broń próbując się skoncentrować i strzeliła.
Jedynym człowiekiem w pobliżu był zwalisty mężczyzna z dwoma nastoletnimi synami, wszyscy byli ubrani w moro. Mężczyzna miał szeroką szczękę i krótkie, najeżone włosy. Jego synowie nosili takie same jaskrawo pomarańczowe bejsbolówki jak on. Mieli ze sobą tuzin pistoletów i przyjmowali pozy Rambo, kpiąc z siebie nawzajem po każdym chybionym strzale. Weronika nie słyszała ich przez ogromne, plastikowe nauszniki, ale rozumiała sens ich słów. Kilka razy kiedy myśleli, że nie patrzy zauważyła spojrzenie ich ojca z tych w rodzaju ,,czyż nie jest słodka?”.
Strzeliła jeszcze raz, myśląc o imprezie i nożu, który Eduardo przystawił jej do szyi. Starała się zezłościć tak bardzo, żeby sprawiło jej przyjemność wyobrażanie sobie jako celu twarzy Eduardo. Czuła nienawiść, ale myśl o tym, żeby go zabić, nie sprawiała jej radości. Chciała go zranić, zemścić się, ale nie w ten sposób.
Miała kieszonkową trzydziestkę ósemkę z krótką lufą, która niespecjalnie przypominała broń. Ale odrzut wstrząsał jej ciałem przy każdym strzale. Przeładowała broń, stanęła z szeroko rozstawionymi nogami na wprost celu i wystrzeliła wszystkie pięć naboi, powoli i w przemyślany sposób. Potem przycisnęła guzik i tarcza wróciła do niej trzepocząc. Uderzyła ją dwukrotnie, raz w gładką krawędź i znów w miejsce, gdzie znajdowałoby się ramię ofiary. Ale czy na pewno powinna traktować go jako ofiarę? A może oprawcę? Zacisnęła zęby i wcisnęła guzik odsyłając tarczę z powrotem. Nie było sensu zakładać nowej – ta była zaledwie lekko wgnieciona.
Odwracała się, żeby przeładować broń, kiedy poczuła rękę na ramieniu. Obróciła się przestraszona i zobaczyła Weevil’a Navarro stojącego za nią w błyszczącej, czarnej motocyklowej kurtce i dżinsach. Jego usta w kształcie szczupłej, koziej bródki były zaciśnięte tak, że sprawiał wrażenie jednocześnie melancholijnego i twardego faceta. Miał duże, diamentowe kolczyki w uszach i mogła dostrzec krawędzie tatuaży, które rozciągały się od szyi w dół na ramiona. Ostrożnie odłożyła broń do kabury i wyjęła zatyczkę z ucha.
- Nie sądzę, że powinieneś skradać się do kogoś trzymającego broń.
- Musisz stać na miękkich nogach, nachyl się trochę, żeby zneutralizować szok - uniósł głowę w górę, a potem w dół krótkim, oceniającym kiwnięciem.
Weronika posłała mu sceptyczny uśmieszek.
- Właściwie nie wiem czy to dobry pomysł, żeby słuchać rad kogoś oskarżonego o kradzież broni.
 - Hej, wiesz tak dobrze jak ja, że ktoś podłożył tego glocka - wyprostował się i podszedł do stanowiska obok, żeby pokazać jak balansuje na palcach.
- Możesz delikatnie zgiąć się w talii, to pomaga w utrzymaniu równowagi.
Weronika przyglądała mu się przez chwilę, ale nie ruszyła się po broń. Znała się Weevilem długo i kiedy już była pewna, że może nazwać go przyjacielem ich relacja stała się… skomplikowana. W liceum był przywódcą gangu motocyklowego i mieli ze sobą pewnego rodzaju sojusz. Wiedziała, że może liczyć na jego pomoc kiedy potrzebowała kogoś silnego, był też dobrym źródłem informacji o przestępczym światku Neptun. Weronika ze swojej strony wiele razy uratowała go przed kłopotami, łącznie z poprawczakiem. Ale widziała jak daleko potrafi się posunąć, żeby pozostać na szczycie i jakie zniszczenia to powoduje.
Kiedy parę miesięcy temu wróciła do Neptun, wiedziała, że wyszedł na prostą. Na własne oczy widziała jak patrzył na swoją żonę, i jak się przez to poczuła? Zadowolona z jego szczęścia? Zazdrosna, że nawet Eli „Weevil” Navarro mógł się ustatkować i znaleźć swego rodzaju spokój, podczas gdy ona wychodziła z siebie, żeby przeżyć chociaż jedno długie, spokojne popołudnie?
Jednak kiedy Celeste Kane postrzeliła go, twierdząc, że to była samoobrona, kradziona broń znalazła się w jego nieprzytomnych rękach. Od tego czasu coś się zmieniło. Wrócił na motocykl, mknąc przez ulice Neptun ze swoim starym gangiem, wierząc, że to jedyny sposób, żeby mieć szansę do walki.
Nagle ta myśl sprawiła jej głęboki, bolesny smutek. Oboje byli z powrotem w tym samym miejscu. Wychodziło na to, że żadne z nich nie potrafi uciec od przeszłości, nieważne jak bardzo się starali.
- A co Ty tu właściwie robisz? – spytała Weronika.
- Zobaczyłem na parkingu ten Twój ekstrawagancki samochód i pomyślałem, że muszę to zobaczyć. Weronika Mars z pistoletem. Jakbyś nie była wystarczająco straszna. 
Spojrzała na rewolwer, schowany w jasnej, piankowej kaburze.
- Tata chce, żebym się uczyła.
- Mądry facet – Weevil podniósł pistolet i zważył go w rękach – to gówniane miasto, trzeba na siebie uważać – wycelował broń w dół, trzymając ją w jednej ręce w kowbojskim stylu.
- Słyszałem, że zrobiłaś zamieszanie na imprezie Gutiérrez’a.
- Kto Ci to powiedział?
- Oh, wiesz. Ślędzę Twojego Twittera: zbyt_głośna_dla_swojego_cholernego_dobra.
Weronika posłała mu sztuczny uśmiech, ale szybko spoważniała.
- Więc znasz kuzynów Gutiérrez?
Spojrzał na nią, kierując broń ostrożnie w dół.
- Wiem o nich. Zaufaj mi V. Są pewne rzeczy w tym mieście, od których nawet ja trzymam się z daleka. Powiedziałbym, żebyś brała ze mnie przykład, ale nigdy nie byłaś na tyle mądra, żeby słuchać dobrych rad.
Pokręciła głową.
- Weevil, dwie dziewczyny zaginęły, próbuję je odnaleźć.
- Tak? Słyszałem, że złapali gościa, który je zabił.
Skrzywiła się.
- Willie Murphy? Wątpię. Wczoraj rodziny dostały wiadomości w sprawie okupu od kogoś, kto twierdzi że żyją. Jeśli wiesz coś o tych ludziach coś, co może mi pomóc je znaleźć…
Weevil westchnął i odłożył broń. Potarł kciukiem czubek głowy.
- Tak jak powiedziałem, trzymam się z daleka od tego zamieszania. Nie wiem wiele, ale mogę Ci powiedzieć, że the Milenios nie robią żadnych przyjemnych interesów w tym mieście.
- Ale Eduardo i Rico… - Weronika zmarszczyła brwi.
- To dwaj krystalicznie czyści, nienotowani chłoptasie. I założę się, że chcą nimi pozostać. Jest im tak wygodnie – są poza linią strzału, uczą się i mają szansę prać brudne pieniądze wrzucając je do legalnego interesu.
- Ale Milenios są znani z brania zakładników dla okupu. Są setki udokumentowanych spraw kiedy porywali studentów prosto z ulic - wtrąciła Weronika.
 - W Meksyku - powiedział i potrząsnął głową - pomyśl, V. Która zdrowa na umyśle gruba ryba każe porwać dwie, białe amerykańskie dziewczyny? To ryzyko sprowadzenia sobie na głowę FBI i DEA.
- 1,2 miliona okupu to dużo pieniędzy.
- To drobniaki dla tych gości - włożył ręce do kieszeni - nie wiem, to możliwe, że wspaniali Gutiérrez zmienili strategię. Może próbują dostać lepszą działkę.
- A może po prostu lubią ranić ludzi i nikt im się nigdy nie przeciwstawił - jej głos był niski i napięty.
Weevil wzruszył ramionami.
- Może, ale Ci kolesie nie srają do własnego gniazda. Nie ma mowy, żeby El Oso się na to zgodził. Nie na porwanie ani morderstwo. I jeśli dowiedziałby się, że Ci kolesie działają na własną rękę - zapłaciliby za to. - Znów wzruszył ramionami.
- Ale tak jak mówiłem, nie zadaje zbyt wiele pytań o tych gości, więc może nie wiem co mówię.
Weronika wolno pokiwała głową. Podniosła pistolet i opróżniła magazynek. Jej palce już się nie trzęsły. Załadowała pięć kolejnych naboi.
- Skrzywdzili Cię? – głos Weevila zabrzmiał ciszej niż przedtem. Parę stanowisk dalej ojciec z nastolatkami pakowali broń. Jeden z dzieciaków obserwował ją i Weevila bladymi, załzawionymi oczami. Weronika skrzywiła się, a on odwrócił się zarumieniony.
- Mam się dobrze. – odbezpieczyła magazynek - powinieneś założyć nauszniki.
Potem wypuściła serię pięciu szybkich strzałów. Echo wystrzału rozległo się z oddali wokół jej czaszki, a w nosie poczuła ostry i słodki zapach prochu. Kiedy wcisnęła guzik, żeby przywołać tarczę, oddała jeszcze dwa strzały do przestępcy. Jeden nisko, we wnętrzności. Drugi trafił prosto w jego głowę.